Kiedy w r. 1894 zmarł na obczyźnie w dalekim Burgasie Władysław Jabłonowski, jego starszy brat Aleksander, znany archeolog, historyk i podróżnik, spełniając ostatnią wolę zmarłego złożył w Krakowie w Bibliotece ówczesnej Akademii Umiejętności rękopis zatytułowany: Pamiętniki Władysława Jabłonowskiego. Złożyły się na nie cztery pokaźne tomy zawierające z górą 6000 stron zapisanych równym, drobnym pismem; miały one przekazać następnym pokoleniom historię burzliwego życia syna dzierżawcy o historycznym nazwisku, studenta medycyny, partyzanta, dowódcy dużego samodzielnego oddziału powstańczego na Podlasiu, adiutanta Langiewicza, wreszcie lekarza wojskowego armii tureckiej, który wraz z wojskiem przemaszerował wszerz i wzdłuż olbrzymie w owych czasach państwo ottomańskie w Europie i Azji, gdzie znalazł — jak setki Polaków — gościnne schronienie. Ówcześni bowiem kierownicy tego państwa i ogół społeczeństwa wierni pozostali przyjaźni i sympatii do narodu polskiego i ze współczuciem odnosili się do jego tragedii.
Namuk-pasza, poseł Dywanu (zetknął się on z Polakami na terenie paryskim i londyńskim, m. in. z Adamem Czartoryskim, Gustawem Małachowskim, Ludwikiem Platerem), wysunął np. projekt przeniesienia z Francji do Turcji kilkutysięcznej emigracji polskiej, z której szeregów wywodziliby się przyszli organizatorzy państwowej administracji i armii tureckiej, oraz zaproponował, aby Adam Czartoryski zasiadał w Dywanie. Kiedy carski minister spraw zagranicznych Karol Nesselrode i Włodzimierz Tytow, pełnomocnik rosyjski w Stambule, zażądali natychmiastowego aresztowania i wydania władzom rosyjskim „wodzów anarchii”, emigrantów polskich: Bema, Dembińskiego, Wysockiego i Zamoyskiego, grożąc w przeciwnym razie interwencją armii rosyjskiej, sułtan przez usta Szeich-ul-Islama, najwyższego dostojnika duchownego mahometan, oświadczył, że wydanie emigrantów sprzeciwiałoby się prawom świętej księgi Koranu, nakazującym gościnność. Fakty te posiadają niewątpliwie swoją głęboką wymowę.
Na ofiarowanym Akademii rękopisie Aleksander Jabłonowski zanotował własną ręką: „Wstępny zeszyt został zatraconym (widocznie na komorze celnej w Krakowie), zawierał on, co następuje: dr Władysław Jabłonowski pochodził z podlaskiej linii Prusów-Jabłonowskich. Rodzicami jego byli: Piotr (syn Jana, cząstkowego dziedzica na Popławach i Brzeźnicy, parafii brańskiej na bielskim Podlasiu) i Marianna z Junoszów-Piotrowskich. Urodził się zaś w r. 1841 w Grodzisku, w byłym powiecie drohickim województwa podlaskiego. Grodzisk, posiadający własną cerkiew, należy do parafii rzymskokatolickiej rudzkiej, powiatu bielskiego, i stanowi część dóbr ostatniego z Ossolińskich — hr. Wiktora. Ojciec Władysława (Piotr) był właśnie w czasie jego urodzin rządcą Grodziska, rozległego folwarku, 3 wsi obejmującego. Chrzcił go ks. Brzozowski, proboszcz z Rudki. Dalej w zatraconym zeszycie: opis wsi Grodziska, opis tam dworu, a zarazem charakterystyka skromnego trybu życia w kółku rodzinnym (Kraków, 5. 6. 1894)”.
Władysław Jabłonowski, oceniając z perspektywy lat swoją młodość i atmosferę, w której wzrastał, oświadczył szczerze: „Wychowałem się w stosunkach drobnoszlacheckich, gdzie element duchowny — plebania i wikariusze — dominował nad wszystkim. Zasadowe ćwiczenie przykazań świętej wiary było jeszcze podtrzymywane i przykładami z naszego ogółu, którego jedną z cech charakterystycznych była wysoko rozwinięta pobożność. Jej to można przypisać, że i nasi rodzice, odwiedzając przeważnie pobliższe parafialne kościółki, znajdywali pewną trudność w utrzymaniu, a właściwie pozostawali w ściślejszych stosunkach z innymi członkami rodziny” 2.
Oddany do szkółki w Siemiatyczach, w pamięci swej zachował uraz na całe życie po wymierzonej mu karze cielesnej przez katechetę, który uczył go „cesarskiego” (tzw. cesarzówka) i kościelnego katechizmu. Fakt krzywdy dręczył go jak zmora przez całe dziesiątki lat. Uczył się z kolei w Drohiczynie i Białymstoku, zdał maturę jako prymus i udał się do Warszawy, by zorientować się w możliwościach dalszej nauki. Ojciec nie mógł jednak udźwignąć ciężaru równoczesnego kształcenia trzech synów, Władysław musiał więc odczekać, aż najstarszy brat Aleksander przyjmie na siebie finansowanie jego studiów. Początkowo pod wpływem matki pragnął zostać księdzem, ale brat-opiekun polecił zapisać się na Wydział Matematyczno-Przyrodniczy Uniwerstytetu w Kijowie. Studia te musiał wkrótce przerwać na skutek podejrzeń władz szkolnych, które podawały w wątpliwość autentyczność dokumentu ukończenia szkół średnich z powodu silnego zaplamienia świadectwa. Kiedy sprawą tą zainteresowała się policja, Jabłonowski uciekł do swego brata Juliana na Podole. Tu jednak nie widząc możliwości dalszej nauki i słysząc, że wojna z wrogiem wisi w powietrzu, postanowił opuścić kraj rodzinny. W r. 1861 Szczęsny Miłkowski, brat powieściopisarza, ułatwił mu przeprawę przez Prut do Mołdawii, w której Polacy doznawali szczególnie życzliwej opieki. Za radą Zygmunta Miłkowskiego, pisarza i działacza społecznego, zdecydował się Jabłonowski na wyjazd do Włoch, gdzie Węgrzy formowali już swoje legiony, a Ludwik Mierosławski czekał na młodzież, by uruchomić szkołę wojskową w Cuneo w celu przygotowania kadry oficerskiej do niedalekich, jego zdaniem, działań wojennych. Udał się tedy do Gałacza i stąd razem z Węgrami pospieszył przez Konstantynopol do Włoch. Wiosną 1861 r. w Noli wstąpił razem z garstką polskich emigrantów do legionu węgierskiego gen. S. Turra; gdzie instruktorami byli też i Polacy: Teodor Cieszkowski i Zawadzki. Na wieść jednak, że w Genui powstała polska szkoła, wszyscy Polacy – za zgodą oczywiście komendy legionu węgierskiego — przenieśli się do niej. Tu za radą lekarza szkolnego Teodora Tripplina Jabłonowski uczęszczał w chwilach wolnych od zajęć służbowych na wykłady anatomii opisowej. W szkole podchorążych panowały różne nastroje, istniało niemal tyle stronnictw i orientacji politycznych, co uczniów, a dyskusjom, sporom i sejmikowaniu nie było końca.
Wielkie wrażenie na wychowankach szkoły zrobiły odwiedziny generała Ludwika Mierosławskiego. Zabawił on w Genui pięć tygodni, a wyjeżdżając powierzył kierownictwo szkoły majorowi Władysławowi Englertowi, doświadczonemu wprawdzie żołnierzowi, lecz człowiekowi pozbawionemu energii potrzebnej na utrzymanie odpowiedniej dyscypliny w szkole.
Na skutek intryg Mierosławski wkrótce podał się do dymisji, a miejsce jego zajął generał Józef Wysocki z zastrzeżeniem, że będzie szkołą kierował z Paryża. Komendantem szkoły mianowano pułkownika Aleksandra Fijałkowskiego, instruktorem jazdy Józefa Czapskiego, a pomocnikiem komendanta Zygmunta Padlewskiego. Wykłady z geografii i geometrii objął kapitan Władysław Kossowski (De Lilie), oficer artylerii rosyjskiej, a wykłady z topografii i rysunku oraz kierownictwo laboratorium Aleksander Waligórski, były dyrektor służby inżynieryjnej w Szwecji. Po rozwiązaniu legionu węgierskiego szkołę polską przeniesiono do Cuneo. Skończyła się więc dla autora możliwość uczęszczania na wykłady.
Dnia 16 lipca 1862 r. generał Józef Wysocki zakomunikował uczniom, że decyzją rządu włoskiego szkoła zostaje zamknięta z powodu interwencji Rosji; rząd włoski nie wypowiedział jednak gościnności, lecz lojalnie proponował przeniesienie uczniów na Sycylię do włoskich szkół wojskowych lub umożliwienie wyjazdu za granicę. Wysocki ze swej strony sugerował przeniesienie się do Anglii do miasteczka Gravesend, gdzie — jak przypuszczał — zaistnieją okoliczności umożliwiające kontynuowanie studiów wojskowych. Wśród młodych, stojących z dala od tak zwanej wielkiej polityki, zapanowały gorące nastroje, na temat bowiem likwidacji szkoły krążyły przeróżne wiadomości, budzące wiele komentarzy niepochlebnych dla kierownictwa.
Większość młodzieży, wśród niej także i autor, ruszyła do Paryża. Tu wezwał Jabłonowskiego generał Wysocki, który pragnąc oczyścić się z zarzutów likwidatora szkoły zlecił mu skopiowanie aktów szkoły, znajdujących się u pułkownika Aleksandra Fijałkowskiego. Z tej delikatnej misji autor wywiązał się należycie. W Paryżu, gdzie roiło się od młodzieży polskiej, spotkał Józefa Czapskiego, swego profesora z Cuneo, który zamierzał uruchomić w stolicy Francji szkołę oficerską. Ale Ludwik Mierosławski dowiedziawszy się o swoim „feldfeblu” postanowił wyprawić go z misją do kraju. Drogą przez Strasburg, Wrocław dotarł do wsi Grębanin w Poznańskiem i zatrzymał się w domu niejakiego Kręckiego. Rządca majątku Berger ułatwił mu przejście granicy. W czasie oczekiwania na paszport Jabłonowski rozczytywał się w dziełach Józefa Szujskiego, Jędrzeja Moraczewskiego, w pamiętnikach Rufina Piotrowskiego i w Podróży na Sybir Ewy Felińskiej. Otrzymawszy paszport na nazwisko Nestora Wężyka, udał się do Warszawy. Tu nawiązał kontakty z mierosławczykami: Feliksem Bauernfeindem i Władysławem Koskowskim, i na ich polecenie skierowany został na Wołyń i Podole z materiałami agitacyjnymi, by zbierać „podatek narodowy” na broń. Misja ta jednak nie dawała zadowolenia młodemu oficerowi, który .nie zorientowany w labiryntach polityki, nie znający jej kulis, nie odróżniający białych od czerwonych, całą duszą pragnął czynnej walki zbrojnej. Nie mogąc się pogodzić z tego rodzaju pracą, wrócił do Warszawy, gdzie udało mu się nawiązać kontakt z Zygmuntem Padlewskim, który powierzył mu konkretne zadanie: organizację oddziału w okolicach Pułtuska i Białej Podlaskiej. Dnia 21 stycznia 1863 r. otrzymał nominację na kapitana oraz komendanta wojennego powiatu węgrowskiego i okręgu sokołowskiego. Ranny w bitwie węgrowskiej (3 II), w której osobiście prowadził atak kosynierów na artylerię rosyjską3, cofnął się z resztkami swego oddziału (około 800 ludzi) w rejon Siemiatycz, aby połączyć się tam z grupą R. Rogińskiego i W. Lewandowskiego. Jakkolwiek znajdował się w nieznacznej odległości od pola bitwy pod Siemiatyczami (7 II), nie przybył z pomocą lub przybył za późno, ponoszącw ten sposób poważną odpowiedzialność za porażkę. W nie znanych bliżej okolicznościach Jabłonowski rozwiązał swój oddział, udał się do Warszawy, a stąd do Częstochowy i Ząbkowic, gdzie pełnił chwilowo funkcje zastępcy rannego naczelnika oddziału powstańczego w rejonie Dąbrowy Górniczej. Dążąc w myśl dyrektyw Cieszkowskiego do połączenia się z Apolinarym Kurowskim, przyprowadził oddział do Olkusza, w którym doszła go wiadomość o klęsce miechowskiej. Tu — według relacji Jabłonowskiego — doszło do masowej dezercji, on sam zaś przez Śląsk pruski przeszedł do Galicji i zatrzymał się w Krakowie, gdzie formowały się już nowe oddziały z inicjatywy majora A. Waligórskiego i pułkownika Czapskiego. Młody nasz oficer został adiutantem Waligórskiego i prowadził energicznie biuro werbunkowe. Z miejscowych gazet dochodziły wieści, że Mierosławski wkroczył z Księstwa Poznańskiego i poniósł pierwsze porażki oraz że Langiewicz obozował w Goszczy. Jabłonowski szybko tam podążył za Waligórskim; tu dowiedział się, że Rząd Narodowy ogłosił Langiewicza dyktatorem, by władzy nie objął „lubiący siermięgę demokrata” Mierosławski. Jabłonowski został z kolei adiutantem Langiewicza, uczestniczył w bitwach pod Chrobrzem i Gro-chowiskami, był wreszcie świadkiem ucieczki wodza i atmosfery klęski powstania oraz ówczesnych rozgrywek politycznych. Krytyczny stosunek do Langiewicza i jego dyktatury, przebijający najwyraźniej z jego pamiętników, a znane przywiązanie do Mierosławskiego mogłyby budzić poważne podejrzenia co do roli, jaką Jabłonowski miał odegrać w obozie dyktatora. W Krakowie został internowany i odesłany do Ołomuńca, później do Brna i Igławy, skąd udało mu się zbiec w lipcu 1863 r. do Pragi i powrócić do Krakowa. Wiara w słuszność sprawy i w zwycięstwo nie opuszczała go ani na chwilę. Udał się do Lwowa, dokąd przybył już po nieszczęśliwej wyprawie radziwiłłowskiej generała J. Wysockiego i zaofiarował swe usługi pułkownikowi Sawie-Rudnickiemu, byłemu oficerowi armii rosyjskiej, który po odwrocie Wysockiego spod Radziwiłłowa wziął w swoje ręce dalsze losy oddziału. Ten jednak skierował go na powrót do Krakowa, gdzie Jabłonowski na przełomie lat 1863—1864 prowadził zajęcia w tajnej szkole wojskowej. Po ogłoszeniu stanu oblężenia w Krakowie wszyscy przybysze obowiązani byli zgłosić się do władz policyjnych, by otrzymać paszporty na wyjazd z Galicji. Jabłonowski wyjechał do rodziny na Podole, powrócił jednak wkrótce do Krakowa i rozpoczął studia medyczne. Ówczesny dziekan Wydziału Lekarskiego, Józef Majer, obawiając się represji, odmówił jednak swej zgody na przyjęcie byłego partyzanta. Za zgodą jednak prof. Czyrniańskiego Jabłonowski uczęszczał nieoficjalnie na wykłady chemii. W tym czasie zaprzyjaźnił się z Henrykiem Jordanem i Antonim Rehmanem i dzięki nieco już wyrobionym stosunkom słuchał wykładów profesorów Dietla i Rosnera, praktykował przez wiele miesięcy w oddziale chirurgicznym Szpitala Sw. Łazarza, inkasował pierwsze honoraria, uczył się z pasją, łykał polszczyznę w teatrze, podziwiając za dyrekcji Adama Miłaszewskiego takich aktorów, jak Wincenty Rapacki, Feliks Benda, Antonina Hoffman, Helena Modrzejewska. W tym czasie utracił matkę.
Inwigilowany stale przez policję, został wreszcie w r. 1866 aresztowany i otrzymał nakaz opuszczenia Galicji. Profesorowie: Antoni Wacholz, Gustaw Piotrowski i Franciszek Skobel udzielili mu absolutorium odbytych studiów medycznych z datą 28 II 1865 r., mimo iż.jego wiedza lekarska pozostawiała wówczas wiele do życzenia. Trzeba jednak przyznać, że nie zawiódł ich całym swoim późniejszym postępowaniem i postawą. Opuścił Polskę, udał się po raz drugi nad Bosfor do gościnnej Turcji. Na stambulskim bruku stanął w marcu 1866 r. i spotkał tu starych, wytrawnych tułaczy: Tadeusza Okszę Orzechowskiego, Franciszka Wernickiego i Karola Mokrańskiego. Dzięki ich stosunkom i wpływom w listopadzie tegoż roku zdał egzamin przed specjalną komisją lekarską armii tureckiej i otrzymał przydział do garnizonu wojskowego w Bagdadzie. Przenoszony z miejsca na miejsce, przebywał m. in. w Mosulu, Hilleh i Kerbeli, zwiedził niemal całe państwo sułtana. W czasie tych wędrówek gromadził wielki zielnik, który uzupełniał i później w kolejnych miejscach swej służby w Hercegowinie i Albanii. Jako Polak i lekarz cieszył się dużym uznaniem, wszędzie tu bowiem żywa jeszcze była pamięć o Bemie i Ilińskim; został też członkiem komisji rekrutacyjnej, co świadczyło o dużym zaufaniu władz tureckich.
W r. 1869 nastąpiło w Bagdadzie spotkanie z bratem Aleksandrem. Jakże cieszył się biedny tułacz, że może swego dawnego dobrodzieja ugościć i ułatwić mu zwiedzanie starego Babilonu. Lecz Aleksander, urodzony podróżnik, korzystając z uruchomienia żeglugi parowej po Eufracie wyjechał w dalszą podróż, by swymi obserwacjami wzbogacić naukę polską. W sierpniu Jabłonowski otrzymał urlop i postanowił spędzić go w Europie. Wkrótce też razem z bratem Aleksandrem, pożerani nostalgią, udali się do Krakowa. W r. 1871 Jabłonowski zwiedził Wiedeń i wiele miast włoskich. Poznał tu Polaka, p. L., rzeźbiarza, który wykorzystując jego przyjaźń i radość z powodu spotkania rodaka skradł mu pieniądze, prawie całoroczne uposażenie lekarza wojskowego w Turcji. Rozżalony skrócił urlop i wrócił do Stambułu, lecz tu zastało go już przeniesienie służbowe do Gacka w Hercegowinie. W r. 1872 znów tęsknota pognała go do Krakowa, tym razem na spotkanie z braćmi Aleksandrem i Julianem. W r. 1874 losy rzuciły go do Albanii, gdzie był naocznym świadkiem bohaterskich walk powstańców. W r. 1875 porzucił służbę wojskową i zajął się urządzeniem słynnego balneologicznego zakładu leczniczego w Brussie, ale z wybuchem wojny rosyjsko-tureckiej w r. 1877 wstąpił ponownie do wojska, a władze tureckie przeniosły go początkowo do Armenii, później zaś na anatolijskie wybrzeże Bosforu. Po zawarciu pokoju przeniesiony został ponownie do Albanii, gdzie w r. 1880 położył wielkie zasługi przy likwidacji cholery, za co otrzymał od rządu austriackiego wysokie odznaczenie. W r. 1881 powtórnie wystąpił z wojska i objął posadę lekarza przy kopalni boracytu w Sułtan-Czairze, której współwłaścicielem był jego przyjaciel Henryk Groppler. Obowiązki te pełnił jednak krótko, gdyż jeszcze w tym roku powołany został przez władze tureckie na delegata Międzynarodowej Komisji Sanitarnej na Wschodzie z siedzibą w Konstantynopolu. W czasie epidemii dżumy Jabłonowski wyruszył w r. 1884 nad Tygrys i zatrzymał się w miasteczku Sulejmanieh na granicy Iranu. Wyjeżdżał stąd w najbardziej zagrożone obszary. Za akcję tę otrzymał dwa wysokie odznaczenia tureckie i perskie oraz osobiste podziękowanie sułtana i szacha. W r. 1886 z inicjatywy Międzynarodowej Komisji został lekarzem kwarantanny w Skutari w Albanii. Od r. 1888 przebywał w Burgasie, gdzie też zmarł 9 stycznia 1894 r.
W czasie swych dalekich podróży miał Jabłonowski możność przyglądać się ludziom i miastom, zwyczajom i obyczajom. Pomimo ogromu zajęć służbowych prowadził własne badania z zakresu botaniki i archeologii; zasilał polskie czasopisma licznymi korespondencjami ze Wschodu, a pisma fachowe artykułami dotyczącymi medycznej służby zdrowia4; gromadził wytrwale bogate zbiory archeologiczne i etnograficzne; pisał wreszcie pamiętniki.
Świadomie i celowo staraliśmy się w krótkim życiorysie Jabłonowskiego podać równocześnie ogólną treść jego pamiętników, aby czytelnik nie odczuwał dotkliwie luk i był zorientowany w całości materiału. Przyznać trzeba, że dokonanie wyboru było rzeczą niezwykle trudną. Jakie bowiem przyjąć kryterium, by z olbrzymiego rękopisu wybrać dziesiątą część, ułamek prawie, gdy materiał w całości tak różnorodny, choć zawiera historię jednego wprawdzie tylko żywota, ale jakże bujnego, pracowitego, pełnego trudów, wyrzeczeń, tragedii osobistych i narodowych na przestrzeni długich czterdziestu trzech lat. Dlatego staraliśmy się wybrać przede wszystkim momenty charakteryzujące autora jako człowieka, lekarza i patriotę; z powstania styczniowego tylko te sceny, które sam przeżył, a które stosunkowo mało są znane z innych źródeł pamiętnikarskich; z długiego zaś okresu tułaczki jego kontakty z rodakami na Wschodzie, o których bądź nikłe, bądź zgoła żadne wieści nie dotarły do naszych czasów. Liczba tych tułaczy przecież szła w setki, jak to poetycznie określił przyjaciel Polaków, gubernator Bagdadu, Namuk-pasza, w czasie rozmowy z autorem: „Podobni jesteście do tysiąca gwiazd, jakie ręka losu rozrzuciła po przestrzeniach światowych”. Opuszczaliśmy tedy części opisowe, znane i niezbyt ciekawe, jak np. opisy bardzo szczegółowe wycieczek do Włoch czy Austrii; dalej pominęliśmy relacje o intrygach w służbie państwowej tureckiej lub wreszcie szczegóły dotyczące codziennej egzystencji, bo autor — trzeba to stwierdzić bezstronnie — był typowym gawędziarzem, choć niestety bez większego talentu literackiego.
Dla czytelnika jest zapewne ciekawe, jakie znaczenie posiadają wspomnienia Jabłonowskiego w rzędzie pokrewnych tematycznie przekazów pamiętnikarskich. Wchodzą tu w rachubę głównie dwa źródła.
Zygmunt Miłkowski, urodzony konspirator i literat, w swych wspomnieniach 6 stwierdzał, że opuścił Polskę jako 23-łetni student Uniwersytetu Kijowskiego, a dalszych 67 lat życia spędził na emigracji, przy czym szczegółowo przedstawił swą służbę wojskową na Węgrzech (1845—1850), walkę o byt w Anglii (1850—1851), emisarkę (1851—1852), dwukrotny pobyt w Turcji (1853—1854 i 1856—1858), pracę polityczną w Michalenach (1860—1862), udział w powstaniu styczniowym, prace polityczne w Bukareszcie i Konstantynopolu (1863), dłuższy pobyt w Serbii (1864—1866), pobyt we Francji i w Belgii (1867—1870), wreszcie ostatnie swoje lata w Szwajcarii. Jak więc widać, kilkakrotnie przebywał na terenie państwa ottomańskiego, wraz z Wysockim krzątał się około utworzenia legionu polskiego w czasie wojny krymskiej, pertraktował z naczelnym wodzem Omer-paszą, był w sztabie Izmaiła, organizował wyprawę z Tulczy do Polski i konferował z wielkim wezyrem w sprawie powstania styczniowego; w Turcji pracował jako budowniczy fortec, był przedsiębiorcą handlowym, buchalterem, prowadził gospodę, uczył wreszcie języków. Jego stosunek do Turcji był raczej negatywny, jako demokratę i liberała oburzał go bowiem ucisk Słowian Południowych, gdyż wedle jego przekonań walczyli oni, podobnie jak i Polacy, o swoją niepodległość. Dużą sympatią natomiast darzył Bułgarię i Serbię, w czasie bowiem swej pieszej wędrówki po całej Słowiańszczyźnie Południowej spotykał się z objawami szczerej sympatii do Polski i porównywał niewolę turecką z zaborami w Polsce. Ogólnie mówiąc, pamiętnik jego zawiera najbardziej cenne materiały do znajomości spraw Słowian Południowych w latach 1848—1866.
Franciszek Sokulski, major, polityczny druh Miłkowskiego, stojący również pod sztandarem Towarzystwa Demokratycznego Polskiego, w swoim niewielkim pamiętniku 7 najwięcej miejsca poświęcił kampanii węgierskiej 1849 r. W czasie powstania 1863 r. organizował na terenie Turcji ochotnicze oddziały i gromadził broń dla powstańców, a po r. 1864 został naczelnym dyrektorem budowy dróg i mostów w wilajecie adrianopolskim. Okres ten zamknął na kilkunastu stronach, szerzej natomiast potraktował w wspomnieniach z r. 1877, kiedy to formował legion polski. Ostatni okres (1881—1893) spędził już w kraju, w Galicji. Tak więc — jak widać — wspomnienia Jabłonowskiego uzupełniają oba wyżej wymienione pamiętniki zarówno w partiach dotyczących powstania styczniowego, jak i w relacjach z dziejów emigracji polskiej na Wschodzie.
Warto zwrócić uwagę na sam sposób pisania pamiętników. Autor pedantycznie spisywał wszystkie ważne — jego zdaniem — wydarzenia, których sam był świadkiem, robił na gorąco notatki; co jakiś czas segregował je i porządkował, a następnie pisał na czysto, układając rzecz chronologicznie i wyładowując swój wrodzony talent gawędziarza z myślą, że kiedyś te wiadomości komuś się przydadzą. Największą uwagę w czasie pisania zwracał na osobiste przeżycia, najwięcej miejsca poświęcił swojej pracy lekarskiej w służbie tureckiej, a najdokładniej omówił lata spędzone na emigracji po r. 1866, do tego nawet stopnia, że swoją pracę w charakterze szefa misji lekarskiej w czasie epidemii dżumy ujmował w raporty dzienne (podając czasem datę według starego i nowego stylu). Dla ogólnej charakterystyki tak Jabłonowskiego, jak i jego pamiętników szczególnie znamienny jest fakt, że wzorowy lekarz i urzędnik w służbie tureckiej co krok wyrażał swoją wdzięczność dla państwa ottomańskiego za umożliwienie mu pracy w umiłowanym przez siebie zawodzie, za zdobycie chleba na obczyźnie; nigdy natomiast nie poważył się wydawać ujemnych sądów o nikim i o niczym. Stąd wypływa w omawianiu stosunków politycznych pewna ostrożność, z którą nie liczyli się ani Miłkowski, ani Sokulski.
Autograf wspomnień Władysława Jabłonowskiego przechowywany jest w Bibliotece Polskiej Akademii Nauk w Krakowie 8 wraz z innymi papierami pochodzącymi z rękopiśmiennej spuścizny autora. Wśród tych ostatnich znalazły się jego papiery osobiste, fragment korespondencji z lat 1874—1891, autografy drobnych prac, rękopiśmienne mapy szkicowane podczas jego misji sanitarnej w Iraku i Zachodnim Iranie, orientalistyczne materiały ikonograficzne, a także różnej treści wycinki z współczesnych gazet9. Zespół ten uzupełnia zbiót fotografii.
Pamiętnik, którego pierwsza składka o objętości dziesięciu stron — jak wspomnieliśmy wyżej — zaginęła, w trakcie opracowywania podzielony został na pięć tomów, z których pierwszy obejmuje wspomnienia do 1865 r., drugi dotyczy lat 1866—1871, trzeci 1872—1879. czwarty 1880—1887, a piąty zamyka całość okresem lat 1888—1893. W tym ostatnim tomie autor przygotował kartę dla 1894 r.f opatrzoną datą styczniową i rozpoczętą utworem poetyckim. Karta ta nie zawiera już jednak żadnych wspomnień, gdyż w miesiącu tym nastąpił — jak wiadomo — zgon autora. Ogólna objętość pamiętników wynosi 3176 kart o formacie 27X21 cm, zapisanych drobnym, starannym i na ogół dobrze czytelnym pismem. Brat autora, Aleksander Jabłonowski, opatrzył rękopis tytułem: „Biografia (Pamiętniki) Dra Władysława Jabłonowskie-go, delegata Międzynarodowej Administracji Sanitarnej na Wschodzie”. Ofiarowane Akademii Umiejętności pamiętniki przeleżały w zasobie zbiorów nie opracowanych z górą 55 lat; dopiero w r. 1949 zostały wstępnie skatalogowane i opatrzone bieżącą sygnaturą. Wyzyskane właściwie w minimalnym stopniu przez badaczy, stały się w wyborze podstawą niniejszego wydawnictwa.
Przy opracowaniu tekstu zmodernizowano pisownię i interpunkcję, dostosowując je do dzisiejszych wymogów, zachowano jednakże bez jakichkolwiek zmian charakterystyczne cechy wymowy autora, a więc np. wyrazy: zawarć, oparganiony, szkarpetki, lekszych, brewna (bierwiona), mieszanie, czy też oboczności typu: wreście — wreszcie, poślę -poszlę. Pozostawiono również oryginalną pisownię nazw geograficznych, dając w przypisach oraz uzupełnieniach w klamrach formę obowiązującą obecnie. Dla jasności i czytelności tekstu wprowadzono drobne poprawki oraz uzpełnienia ujęte w nawiasach kwadratowych. Nie wszystkie hasła można było objaśnić w przypisach; objaśnienia niektórych drobnych miejscowości na terytorium Azji czy Półwyspu Bałkańskiego oraz nazw geograficznych łatwych do identyfikacji celowo pominięto. Nie uwzględniono także w przypisach nazwisk osób, co do których nie udało się zdobyć bliższych danych biograficznych. Pamiętnik uzupełniono materiałem fotograficznym, wyzyskując wyłącznie zasoby Biblioteki Polskiej Akademii Nauk w Krakowie, przy czym większość fotografii pochodzi ze zbiorów pamiętnikarza.
W ten sposób pomyślany i przygotowany wybór wspomnień zezwoli Czytelnikowi na bezpośrednie zetknięcie z ciekawą postacią autora, raz jeszcze przypomni ogólną atmosferę i fakty czasów powstania styczniowego, przybliży egzotyczne, rozległe tereny działalności pamiętnikarza na Bliskim Wschodzie, zwróci wreszcie uwagę badaczy zainteresowanych bliżej epoką i zagadnieniem na nowe, nie wyzyskane dotąd, różnorodne tematycznie źródło, jakim są w swej pełnej objętości Pamiętniki Władysława Jabłonowskiego.



