Archiwa tagu: Galata

W CIENIU HETYCKIEGO SFINKSA

Ciąg dalszy książki “Złote korony księcia Dardanów” o przygodach młodego chłopaka, który wobec śmierci matki i ciężkiej choroby
ojca zmuszony był wyjechać do swej ciotki mieszkającej w Turcji.

Powieść przygodowa dla najmłodszych.

A zaczyna się tak:

“ Pogmatwane początki

Musiał się urwać kolegom; tego popołudnia nie było mu do rozmów ni zabaw. Dziwnie samotny poczuł się nagle pośród rozdokazywanych, uszczęśliwionych kompanów. W olbrzymiej większości życzliwi mu, spoglądali zaskoczeni na jego posmutniałą twarz.

Rozzłoszczony trochę na siebie, że nie potrafił ukryć własnych odczuć, kopnął ze złością jakiś kamyk. Kamyk potoczył się, zsunął ze skarpy nadbrzeżnej i z pluskiem zniknął w głębokiej, ciemnogranatowej wodzie Bosforu.

Oni, pewnie, mieli prawo się dziwić. Ze świadectwem promocyjnym w kieszeni, z perspektywą długich wakacji, tak atrakcyjnie zapowiadających się dzięki profesorowi Zaferowi Kseresowi, można się było tylko radować… Gdy na domiar i z Polski dochodziły od ojca raczej pomyślne wieści. Jeżeli tatko nie koloryzował po swojemu, nie chcąc go martwić… Bo czemu znów się znajduje w szpitalu czy sanatorium?

I w ogóle… Niby dobrze, pięknie, uroczo, a jednak coś gryzie.

Sterczy tu teraz samotny, przycupnąwszy na skarpie nadbrzeżnej, wygapia się na Bosfor, na przeciwległą azjatycką stronę, przeżywa osobliwe nastroje. I właściwie dlaczego? Postawił na swoim. Musiał postawić, i wcale nie dlatego, iż kiedyś w Adampolu podsłuchał rozmowę cioci Zosi ze starym Wilkoszewskim, gdy zgodnie dochodzili do wniosku, że nie można wymagać, by w ciągu jednego roku dał sobie radę z nauką w obcych językach. Bo niby to buda z wykładowym angielskim, ale bez tureckiego też ani rusz. Tureckiego nie znał w ogóle, kilkadziesiąt słówek przyswojonych podczas wakacji nie mogło się liczyć. Na domiar i w angielskim też kulał na obie nogi jak ochwacona szkapa. A jednak…

Musiał się tym razem uśmiechnąć. I jakoś mu się raźniej zrobiło. Przeciągnął dłonią po marynarce, zaszeleściło w kieszeni świadectwo promocyjne. Poradził sobie. Nie było łatwo, przeciwnie, bardzo, bardzo trudno. Jakich nie używał sposobów, byle tylko nie pozostać w tyle za kolegami. Już nawet gotów był użyć systemu Tadeusza Kościuszki. Słyszał kiedyś, że sławny wódz w młodości przywiązywał do ręki linkę, drugi jej koniec wyrzucając za drzwi. O umówionej godzinie woźny całą siłą szarpał za sznurek, budząc go… W internacie nocny dyżurny nie zgodził się na propozycje Julkowe, wzruszając ramionami nad szczególnymi polskimi metodami przezwyciężania samego siebie. Pal go dunder, i tak się udało.

Więc czemu pod uśmiechem czai się smętek? Iluż to chłopców z Polski zazdrościłoby mu serdecznie! Mieszkać i uczyć się w Turcji, przeżywać zapierające dech w piersiach przygody przy odkrywaniu grobowca Dardanów* [Historię tych przygód odnajdzie Czytelnik w powieści “Złote korony księcia Dardanów”.], poznawać chcąc nie chcąc obce języki, zachłystywać się szerokim światem.

Znów kopnął kamień, omal nie zdzierając zelówki. A on ma dosyć świata, przygód, całego tego Stambułu razem z Bosforem.

Zwyczajnie, najzwyczajniej, pragnąłby teraz wrócić do Polski. A tam znów jak kiedyś wyjechać z ojcem nad warmińskie jeziora, razem z nadbrzeżnymi drzewami przeglądać się w przejrzystej wodzie, łowić szczupaki, potem leżeć na brzegu obok tatka i gadać, mówić samemu i pytać, i czuć, że tak jest najlepiej, najpiękniej…

Gdyby jeszcze i Hadżer mogła się zjawić w Ostródzie… Podniósł się ze skarpy ubawiony, alei rozzłoszczony nieco na siebie. Marzy tu sobie pięknie. Jeszcze tylko zapomniał o gwiazdce z nieba i kafelku z pieca. I tatko, i Ostróda, i Hadżer na domiar. Coś za wiele chce się pomieścić w tym 16-letnim sercu, za wiele…

Hadżer… Dwa tygodnie się nie widzieli. Straszliwie długo. I jeszcze trzeba kilka dni czekać. Ciekawe, każde kolejne spotkanie staje się coraz niecierpliwiej wyglądanym. Czy dla niej też? Właśnie przed dwoma tygodniami ojciec dziewczyny, tak życzliwy mu pan Aziz Gelogliu, żartobliwie pogroził Julkowi palcem:

- Julek, coś ty zrobił z moją córką? Nosi w torebce twą fotografię, wzdycha czegoś i rumieni się, bywa, zamarzy się, nie słyszy wtedy, co się do niej mówi…

Jakże był wtedy szczęśliwy, słysząc te słowa. I tylko spoglądał na drzwi przyległego pokoju, czy pani Gelogliu tego nie słyszy. Nie oponowała już jak przed rokiem tej znajomości, ale wyraźnie też nie była Julkowi życzliwa. Gdyby nie pan Aziz, kto wie, może zakazałaby Hadżer widywania się z tym zwariowanym Polakiem, jak kiedyś go określiła.

Jakby to można było nie zwariować wobec tych czarnych, płonących oczu… Ledwie spojrzą, a już o świecie się nie pamięta…

I znów kopnął kamyk.

Skrzekliwy głos kobiecy przywrócił go przytomności. Nawet nie zwrócił przedtem uwagi na wysoką, chudą kobietę w dziwacznym ubraniu, z zapałem łowiącą ryby. Odwrócona twarzą ku niemu, jazgotała z szybkością karabinu maszynowego. Angielka; choć nie od razu w tym się rozeznał, takie było tempo wyrzucanych przez nią słów. Pomstowała, że płoszy jej ryby, że też ci młodzi Turcy za grosz nie mają taktu i subtelności, przeszkadzając poważnym ludziom w tak zbożnym zajęciu jakim jest łowienie pięknych, srebrzystych rybek. Teraz na pewno już żadna się nie złakomi na haczyk.

- Właśnie bierze… – wskazał na spławik.

Angielka poderwała wędkę Niewielka. rozmiarów sardynki rybka zatrzepotała na haczyku. Podobnych jej sporo już kotłowało się w małym wiaderku, stojącym u stóp amatorki wędkarstwa.

- Aha… – mruknęła zadowolona i życzliwiej spojrzała na chłopca, dopiero teraz przyglądając mu się uważniej. – Jesteś Turkiem? Coś nie wyglądasz mi na to. I angielski też znasz…

- Jestem Polakiem. Ale teraz tu mieszkam i uczę się…

- Polakiem? Wonderful* [Cudownie (ang.)]! I tu się uczysz? Tu mieszkasz? – zaśmiała się całą twarzą, odmłodniała i Julek pomyślał, że właściwie trudno byłoby określić, ile ta chuda kobieta ma lat, pięćdziesiąt pięć czy osiemdziesiąt. Bo chwilami wyglądała tak, a za chwilę inaczej. Patrzył na swą towarzyszkę z rozbawieniem. Gdzież tu angielska flegma i powściągliwość w słowach? I jaka ruchliwa, sekundy nie ustoi spokojnie; podreptuje, głową kręci, przechyla się, tylko patrzeć, jak wyląduje w Bosforze. I to ubranie; zamszowa kurtka o męskim kroju, podniszczona solidnie, wielkie kieszenie, wypchane czymś, na głowie beret, tylko spódnica jeszcze od biedy normalna. A z jaką wprawą nadziewa na haczyk robaka, jakby nie robiła w życiu niczego innego…

Bawiła go i podobała mu się. Zapomniał o niedawnym frasobliwym nastroju, przyglądając się chudej jak szczapa kobiecie. Zdawać by się mogło, że nie pamięta już o jego obecności, pochłonięta bez reszty łowieniem. Zbaraniał, gdy całym obrotem ciała zwróciła się nagle do niego:

- Tam jest druga wędka, za tobą, weź, możesz łowić razem ze mną… Umiesz? – Widząc jego wahanie, przynagliła: – szybciej, zastanawiasz się jak stary dziadyga…

Roześmiał się teraz w głos. Ta babka poderwałaby chyba do życia i umarlaka. Ależ dziwo z tej Anglicy. O, jak to teraz brwi wysoko w górę podnosi…

- Ze mnie tak się śmiejesz? – ostrzejsze ogniki zapaliły się w siwych oczach.

- Nie z pani… ale tak pani przymusza, tak mną dyryguje. Już biorę wędkę, a łowić umiem. Jeszcze z Polski. Często jeździliśmy z ojcem na jeziora…

- Aha – mruknęła.

- I to jeszcze, że pani wiele mówi, zupełnie nie po angielsku.

- W matkę się wdałam. Ona była Francuzką… Z ojcem, mówisz, w Polsce… tu są robaki, zakładaj… A czemu znalazłeś się teraz w Turcji?

- To długa historia… Mam tu rodzinę, w polskiej wsi, Polonezkoy, za Bosforem.

Skinęła głową.

- Słyszałam. Słuchaj no… Jak ci na imię? Julek? Słuchaj Żul, a dlaczego ty… Nie patrz z taką złością, podobasz mi się, stąd ciekawość. A zresztą masz rację, pogadamy potem, teraz ryby… Doskonale smakują smażone. Tak mówią… bo ja ryb nie lubię i nigdy nie jadam… Ta nieco roślejsza – z satysfakcją zdejmowała z haczyka większą sztukę.

Zagapił się w wodę Bosforu, intensywnie granatową nawet tutaj, w samym sercu Stambułu, obok przystani i portów, gdzie do wody spływało wiele wszelakiego śmiecia, a złociste plamy oliwy zagarniały całe szmaty powierzchni. Szybki prąd radził sobie jednak z tym nalotem, odsłaniając znów czystą, groźnie ciemnawą wodę. W miejscu, gdzie łowili, mała betonowa ostroga powstrzymywała napór wody; rozbity nurt wirował zakolami, zagarniając podskakujący i tańczący jak pijany spławik wędki.

Od tyłu rozlegały się coraz to gwizdki ruszających w swą niezmordowaną turę z brzegu na brzeg motorowych promów, przewożących ludzi i towar. Jak zawsze rojno było, hałaśliwie i ciasno. Przypomniał się Julkowi ubiegłoroczny pożar na Bosforze, gdy zderzyły się ze sobą dwa tankowce; palna ciecz spływała strugami, podsycając narastający ogień. Samoloty zgasiły pożar zrzutami jakichś chemikaliów. Było na co popatrzeć, choćby z daleka, policja zaraz bowiem odcięła wszelkie drogi wiodące na przystań…

Od morza Czarnego płynął wielki frachtowiec. Marynarze pozdrawiali ludzi na brzegach życzliwym kiwaniem dłoni. Jakaś żaglówka niebezpiecznie blisko statku.

Lubił Bosfor, urodziwy sam w sobie, zwłaszcza w tych dalszych partiach, gdzie brzeg już pustoszał, wolny od zabudowań. Woda rwała w przesmyku silnym nurtem, w pogodne wieczory wyskakiwały nad nią takie same srebrzyste rybki jak te, które teraz łowili. Podciął, nowa sztuka zatrzepotała na haczyku.

Rozejrzał się za wiaderkiem, do którego Angielka pakowała trofea. I nagle ujrzał zolbrzymiałe oczy i szeroko rozwarte usta swej towarzyszki, potem dopiero młodego człowieka, który mając pod pachą wielką torbę, rwał co sił w nogach ku miastu

- Moja torba, my God* [Mój Boże (ang.)] – jęknęła tylko Angielka i zatrajkotała szybciej jeszcze niż przedtem.

Nie słyszał już tego. Na słowa, że torba należała do jego towarzyszki, z miejsca zerwał się w pościg.

Tamten sadził wielkimi susami jak wystraszony zając, jazgotliwe pokrzykiwanie poszkodowanej Angielki dodawało mu sił.

Przez dłuższą chwilę wydawało się Julkowi, że nie dogoni już złodziejaszka; przestrzeń między nimi nie zmniejszała się, strach wyraźnie dodawał łobuzowi skrzydeł. Ale i w młodym Polaku zbudziła się zaciętość. “Czekaj no, ducha wyzionę, a jednak dogonię…” I rwał, przebierał nogami coraz to szybciej, omijał zadziwionych przechodniów, którzy nie od razu orientowali się w tym co naprawdę się stało, z trotuaru skoczył na jezdnię, lepiej się biegło; choć samochody mijały tuż, tuż. Byle tamten nie zdążył zmieszać się z tłumem na przystani, bo wtedy szukaj wiatru w polu…

Ale złodziejaszek zboczył w najbliższą uliczkę, wiodącą ku dzielnicy Galata. To go zgubiło. Zderzył się za rogiem z jakąś jejmością, za chwilę omal nie nadział się na wózek załadowany kawonami, wytracił szybkość. Był już coraz bliżej, co Julkowi najwyraźniej dodało sił. Jeszcze trochę, jeszcze! Och, jak ostro rwie w płucach. Chyba już nie wytrzyma.

Coś z szurgotem runęło mu pod nogi. Nie zdołał odzyskać równowagi, długim szczupakiem poszorował po jezdni, szczęściem, zdążył jeszcze zadrzeć głowę do góry, inaczej miałby facjatę jak świeżo rozcięty pomidor.

- Jasny gwint, zwieje mi… przeleciało mu jeszcze przez myśl.

Zarazem ujrzał torbę, tę skórzaną, czarną torbę, załadowaną czymś solidnie, złodziejaszkowi wcale nie było lekko z tym ciężarem. Julek poderwał się do zdobyczy uchwycił mocno, bo już jakieś dwa łobuziaki czujnie spoglądał na odrzucony łup.

Teraz dopiero, mocno trzymając torbę w dłoniach, mógł odsapnąć. Przed oczyma wirowały mu kręgi, kolorowe, najwięcej złotych. Pierś podnosiła się jak miech, usta ze świstem wypuszczały powietrze. Przetarł spocone czoło, obejrzał się, po złodziejaszku znikł wszelki ślad. Pal go sześć, grunt że jest torba.

Złapał mocniejszy oddech. No już dobrze. Trzeba wracać, bo tam stara zagada cały Bosfor. Musiał się uśmiechnąć. Przypomniało mu się nagle wydarzanie sprzed roku, gdy uratował dziewczynkę spod kół samochodu. Kto by pomyślał, że pozna w ten sposób Hadżer… Westchnął, czym prędzej zaczął myśleć o czymś innym. I znowu coś musiało się stać. Wicek zawsze powiada z zazdrością, że przy Julku nieustannie coś się dzieje… Może i ma rację, czasem już tylko za wiele jest tego dziania się. Wtedy, przed rokiem, zagubił się w Stambule, pierwszy raz oglądanym na oczy. Zmęczony był, smutny, nieświadomy dalszych swych losów. I od razu taka historia, z poszukiwaniem go przez gazety, z zawarciem później znajomości z państwem Gelogliu.. Wszystko tak samo. A bo to Haluka poznał inaczej? Żeby nie bójka z Turkiem na plaży, do dziś by się najpewniej nie znali, nie doszłoby do wyprawy z profesorem, do udziału w odkryciu grobowca Dardanów czy pościgu samochodowego przez ćwierć kraju…”

Fragment książki EUGENIUSZA PAUKSZTY – „W CIENIU HETYCKIEGO SFINKSA”. Pierwsze wydanie tej książki ukazało się w 1972 roku.

“Orientacja na Orient”

” Pierwsze wrażenie to chaos. Wszystko pędzi, trąbi,  krzyczy. Tramwajowi schodzi z drogi ciężarówka, wobec jej przewagi kapituluje samochód osobowy, przed którym zręcznie ucieka kierowca motoru. Między pojazdami lawirują piesi. Wydaje się, że aby poruszać się po Stambule, trzeba mieć uwagę  napiętą do granic możliwości. Jednak nie widać kolizji, nikt do nikogo nie ma pretensji, a klaksony używane są chyba tylko dla fasonu.

Przemieszczający się ulicami kolorowy tłum to niezwykła mieszanka: szczelnie ubrane kobiety u boku mężów, którzy dyskretnie oglądają się za jasnowłosymi turystkami. Jeżeli jakaś para się obejmuje, najczęściej są to młodzi chłopcy. Nikogo nie dziwią również ściskający się stateczni brodaci mężczyźni. Nie wypada im bowiem publicznie okazywać bliskości kobietom.

W Stambule zamieszanie panuje także w architekturze: ostatnie drewniane chaty ustępują pod naporem betonowych bloków, secesyjne domy sąsiadują z kamiennymi, bogate rezydencje nad Bosforem kontrastują z ubogimi peryferiami. A ponad morzem ciasnej zabudowy wznoszą się strzeliste minarety meczetów. Aby poznać miasto, należy wziąć bardzo głęboki oddech i zanurzyć się w jego  atmosferze.

Gwoli ścisłości nie trzeba wcale wstrzymywać oddechu. Mimo że w Turcji latem panują upały, Stambuł położony między morzami Czarnym i Marmara, nad łączącą je cieśniną  Bosfor, ma bardzo przyjazny klimat. Bryza wiejąca cały czas od morza  powoduje, że upał nie męczy, a wieczory są przyjemnie chłodne.

Lecz to nie warunki klimatyczne spowodowały, że właśnie tutaj  w VII wieku przed naszą erą Grek Byzas postanowił zbudować osadę. Z grupą towarzyszy wyruszył z przeludnionych Aten, by szukać nowej  ojczyzny. Legenda głosi, że spytał  wyrocznię delficką, gdzie ma założyć kolonię i w odpowiedzi usłyszał:  „Naprzeciwko ślepców”. Gdy po azjatyckiej stronie Bosforu zobaczył osadę Chalkedon, doszedł do wniosku, że ślepcami wyrocznia nazwała jej założycieli. Nie zauważyli, że znajdująca się po drugiej, europejskiej stronie  zatoka Złoty Róg jest wspaniałym  naturalnym portem. Byzas i jego  towarzysze osiedli tu w 657 r. p.n.e., nazywając miasto Bizancjum.

Historia Stambułu sięga jednak głębiej, ponieważ pierwsza osada: Semistra powstała tu ok. 1000 r. p.n.e.  Zanim stał się największym miastem Turcji, był wielokrotnie niszczony, zmieniał nazwę, wyznanie i właścicieli. Przez wieki jako Bizancjum pozostawał pod wpływami Rzymu. Podczas wojny domowej został zrównany z ziemią i w 196 r. stracił prawa miejskie. W 324 r. wziął go w posiadanie cesarz Konstantyn i ogłosił Nowym Rzymem. Upowszechniła się jednak nazwa utworzona od imienia cesarza  – Konstantynopol. Zbudowane prawie  od podstaw miasto stało się stolicą  cesarstwa bizantyjskiego. W 1453 r. podbił je Mehmed II Zdobywca. Wtedy Konstantynopol został przemianowany na Stambuł.

Rozmawiając z Turkami trzeba uważać, by nie użyć nietaktownego wobec nich sformułowania „upadek Konstantynopola”. To, co dla chrześcijańskiej Europy było upadkiem, dla świata muzułmańskiego – chlubnym podbojem. Do dzisiaj 29 maja uroczyście  obchodzi się tutaj rocznicę wkroczenia Mehmeda.

W zbudowanym na siedmiu wzgórzach Stambule ślady tej burzliwej historii widać niemal na każdym kroku: pozostałości antycznych zabytków stoją obok budowli imperium wschodnio-rzymskiego, pod zewnętrzną tkanką meczetu można odkryć kościół bizantyjski. Podróż przez kalejdoskop historii i kultur najlepiej zacząć rano od dzielnicy Sultanahmet. Na wzgórzu stoją naprzeciwko siebie dwie  najważniejsze budowle Stambułu. Jedną jest ufundowana w 537 r. przez cesarza Justyniana I Wielkiego Hagia Sophia, kościół Mądrości Bożej.  Do osmańskiego podboju była największą świątynią chrześcijańską.  Podobno budowa samej ambony kosztowała równowartość podatku ściąganego w Egipcie w ciągu pięciu lat.

Sklepienie świątyni wygląda jak zawieszone w powietrzu, bo nie widać  podtrzymujących kolumn. W bocznej nawie – dawniej kościoła, potem meczetu, a teraz muzeum – stoi marmurowa kolumna z małym wgłębieniem. Legenda mówi, że trzeba pomyśleć  życzenie i włożyć palec wskazujący  do otworu. Spełni się, jeśli koniuszek palca zwilgotnieje. Być może budowniczowie świątyni poprosili, by ich  dzieło przetrwało wieki. Po zdobyciu  Stambułu Mehmed II uznał się za spadkobiercę panujących wcześniej  cesarzy i nie zburzył kościoła. W kilka godzin po wkroczeniu do miasta wygłosił w świątyni kazanie, zamieniając ją w meczet. Kolejni sułtani  dodawali bazylice kopuły i minarety.

Ahmed I chciał udowodnić, że budowniczowie muzułmańscy potrafią wznieść świątynię wspanialszą niż dzieło architektów chrześcijańskich. W 1610 roku rozkazał postawić naprzeciwko bazyliki meczet, nazwany od koloru zdobiących go płytek  Błękitnym. Nie udało się co prawda przyćmić  potęgi Hagii Sophii, ale wyposażono świątynię w sześć, zamiast tradycyjnych czterech minaretów.  To posunięcie wywołało zresztą  oburzenie autorytetów religijnych, dotychczas sześć minaretów miał tylko meczet w Mekce. Aby zażegnać konflikt, sułtan ufundował siódmy minaret. Wnętrze jest zachwycające:  lekkie, ażurowe, świetliste, wysłane barwnymi miękkimi dywanami, rozświetlone tysiącem płomieni z okrągłych świeczników.

Obok świątyń stoi pałac Topkapi, siedziba sułtanów do 1853 roku.  Budowę kompleksu rozpoczął Mehmed II Zdobywca, a kolejni władcy powiększali go i modyfikowali. Dla muzułmanów najcenniejsze są sale, w których przechowuje się relikwie Mahometa: odcisk stopy, ząb i kilka włosów z brody. Zmęczonych wędrówką przez dziesiątki zdobionych komnat kusi park Gülhane, gdzie kiedyś znajdowały się sułtańskie ogrody.  Z jego wzgórza można obserwować nieustanny balet statków i żaglówek  na wodach Bosforu.

Kiedy południowe słońce zaczyna przypiekać, można schować się  w cieniu, jaki daje największy kryty  bazar Europy, Kapali Çarsi. Mieszkańcy Stambułu to urodzeni handlowcy. Każdy robi tu świetne interesy: sprzedawcy jednorazowych chusteczek i właściciele gigantycznych sklepów z dywanami. Najlepszym sposobem  na poruszanie się w labiryncie o powierzchni 200 tysięcy metrów kwadratowych jest krążenie bez celu. Próby znalezienia konkretnej części są skazane na niepowodzenie, bo bazar to pajęcza sieć uliczek i przejść.

Najprzyjemniej jest wtopić się w tłum. Choć trudno pozostać anonimowym, bo większość sprzedawców rozpoznaje język polski i zaczepia: „Jak się masz? Dywan potrzebny?”. Trzeba przyznać, że szybko dają spokój, jeśli orientują się, że nie zrobią interesu. Tak jest w całym Stambule; po mieście krąży wielu naganiaczy, proponują  nocleg, taksówkę i nawet jeśli turysta  nie da się na nic namówić, żegnają go serdecznie, życząc miłego dnia.

Wczesnym popołudniem przyjemnie jest wybrać się nad Bosfor. Nazwa cieśniny oddzielającej dwa kontynenty wiąże się z legendą. Według greckiego mitu Zeus zakochał się w Io  i aby uniknąć gniewu Hery, zamienił swą kochankę w jałówkę. Hera zemściła się jednak, wysyłając gza, by ukąsił  krowę, która popędziła przez cieśninę. Bous znaczy po grecku krowa, a poros – przejście. Stąd nazwa Bosfor, miejsce w którym przeszła krowa. Stambuł to jedyne na świecie duże miasto leżące na dwóch kontynentach. Azjatycką i europejską część łączą tylko dwa, wiecznie zakorkowane mosty. Zawieszone wysoko nad wodami, ponad  kilometrowej długości, zachwycają  lekkością konstrukcji. Do niedawna można było stanąć na środku mostu Bosforskiego – jedną nogą w Europie, drugą w Azji. Jednak upodobali go  sobie samobójcy, został więc zamknięty dla ruchu pieszego.

Nad cieśniną trzeba wsiąść na prom. Jednym z ciekawszych rejsów będzie przejażdżka do Haydarpaszy, dworca kolejowego po azjatyckiej stronie.  Postawiono go w 1908 roku tuż nad wodą, trudno nie ulec wrażeniu, że  jakiś pociąg może się nie zatrzymać i wpaść do Bosforu. Tutaj czuje się już oddech Azji: budowle zdobione są  niebieskimi mozaikami, zamiast szyb mienią się w oknach kolorowe witraże.

Najłatwiej zauroczyć się Stambułem o zmierzchu. Tutejsze zachody słońca mają kolor miodu i dojrzałych owoców. Można je podziwiać z nabrzeża w okolicy przystani promowej Eminönü.  Pod wieczór ów deptak przeżywa  oblężenie. Wydaje się, że zjeżdża tu  całe miasto: rodzice z dziećmi, grupki  kolorowo ubranych kobiet, przekomarzający się młodzieńcy. Sprzedawcy rozkładają towary wprost na ziemi.  Pojawiają się także małe wózki, w których można kupić gotowaną kukurydzę, ryżowy pilaw z kurczakiem i cieciorką, nadziewane farszem małże,  salgam – sok z kiszonych warzyw,  kebaby. Największą atrakcją są podpływające kutry z grillem. Nic sobie nie robiąc z fal tworzonych przez przepływające statki, rybacy przyrządzają  pyszne kebaby rybne. Kiedy już uda się z podrzucanego na wszystkie strony kutra odebrać gorącą kanapkę, należy usiąść na jednym z niewielkich stołeczków przy nabrzeżu i delektować się jej smakiem oraz grą świateł na niebie, która odbija się w wodach Bosforu.

Zapada noc. Znikają turyści, sprzedawcy lodów, ciągnących się jak guma arabska, chrupiących obwarzanków  simit, czyścibuci ze stoiskami malowanymi złotą farbą i przypominającymi kopuły meczetów. Słychać głos muezina wzywający na modlitwę. Kiedy wydaje się, że miasto poszło spać, trzeba iść na most Gala ta prowadzący do Beyoglu, natychmiast okaże się, że wszyscy teraz są tu. Już samo spacerowanie dwukondygnacyjnym mostem na drugą stronę zatoki Złoty Róg jest atrakcją.  Na górnym piętrze stoją mężczyźni z gigantycznymi wędkami. Na dolnym pasażu po obu stronach ciągną się  restauracje i herbaciarnie. Stoliki ustawione przy balustradzie oddziela  od wody gęsta zasłona ze zwieszających się z góry żyłek. Co jakiś czas  jedna z nich podjeżdża do góry z rybą.

Po drugiej stronie mostu wspinają się do góry niebywale strome uliczki. Można nimi dojść na wzgórze, przez które biegnie najbardziej elegancka  ulica Stambułu Istiklâl Caddesi. Lepiej pokonać 60metrową różnicę wzniesień Tünelem, czyli metrem.  To najstarsza z trzech linii w mieście i najkrótsza na świecie (573 metry). Wybudowano ją, aby ułatwić kupcom powrót do domu. Dzięki Tünelowi  nie musieli się wspinać stromymi uliczkami. Wagonik odjeżdża z zabytkowej stacji co kilka minut; przejazd kończy się na początku reprezentacyjnego deptaka.

Tünel, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, przenosi do innego wymiaru – nowoczesnej części Stambułu. Musiał być z niej dumny Mustafa Kemal rządzący krajem w latach 1923–38. Turcja marzyła mu się  jako państwo nowoczesne i rozwinięte. Przeprowadził wiele reform,  które zbliżyły do Europy kraj leżący w 97 procentach na terenie Azji. Za jego rządów kobiety otrzymały prawo do głosowania i kandydowania w wyborach. Zakazał noszenia fezu oraz tradycyjnych tureckich spodni, zalecił, by mężczyźni zgolili wąsy i zaczęli nosić garnitury. Zmienił arabski alfabet na łaciński, zabronił wielożeństwa, wprowadził obowiązek posiadania nazwisk. Prezydent otrzymał przydomek Atatürk – ojciec wszystkich Turków i trwającą do dziś sławę największego bohatera narodowego. Związki północnej dzielnicy z Europą są jednak dłuższe. W 1534 r. Imperium Otomańskie nawiązało kontakty z Francją. Od 1853 r. żaden sułtan nie mieszkał w pałacu Topkapi, woleli rezydencje w europejskim stylu, usytuowane w Beyoglu. Tutaj mieszkali też kupcy, przywożący Stambułowi nowe zwyczaje. Zamożni turyści, docierający do miasta legendarnym Orient Expressem, wynajmowali pokoje w hotelach przy ulicy Istiklâl Caddesi. W luksusowym Pera Palas Greta Garbo zajmowała apartament 103, a Hemingway 218. Pod numerem 411 mieszkała Agata Christie pisząc słynną książkę Morderstwo w Orient Expresie. Bywała tutaj również Mata Hari.

Mniej więcej w połowie drogi  między przystanią Karaköy i placem Tünel znajduje się wejście na wie żę Galata. Stąd w XVII wieku po szybował na skrzydłach własnej  konstrukcji pewien śmiałek. Udało mu się wylądować na drugim brzegu Bosforu, za co został wynagrodzony przez sułtana Murada IV,  po czym… wygnany z kraju. Władca uznał człowieka, który potrafił latać, za wyjątkowo niebezpiecznego.  Z tarasu na wieży widać smukłe minarety niezliczonych meczetów, bogato zdobione pałace, błyszczące wody Bosforu, wypływające na morza  statki. Trzeba być ślepcem, jak  mityczni osadnicy, by nie dostrzec, że Stambuł to jedno z najpiękniejszych miast świata. “

Tekst: Agnieszka Rodowicz

O Stambule więcej w tekście: kliknij tu.