Archiwa tagu: Bosfor

Osiągnięcia Inżynierskie Wielkiej Emigracji w Turcji

Wkład w rozwój cywilizacyjno – techniczny ówczesnej Turcji.

Spośród objętych działalnością Wielkiej Emigracji imperium tureckie zasługuje na uwagę szczególna. Nieprzypadkowo. Z przyczyn politycznych polonia turecka była, zwłaszcza pod koniec okresu Wielkiej Emigracji, wyjątkowo liczna i dobrze zorganizowana, ustępując jedynie francuskiej. Wynikało to zarówno z przychylnego nastawienia miejscowych władz wobec polskich aspiracji niepodległościowych – imperium osmańskie, zagrożone ekspansjonistyczną polityką Rosji, a w pewnej mierze i Austrii, było naturalnym sojusznikiem naszej sprawy, przydatnej mu choćby propagandowo do zwalczania prądów panslawistycznych, coraz popularniejszych podówczas wśród jego bałkańskich poddanych – jak i ze splotu wydarzeń politycznych, które rzuciły właśnie nad Bosfor licznych polskich uchodźców. (…)

Ówczesna emigracja polska w Turcji należy do stosunkowo dobrze znanych. Badaczy pociągały zarówno ważne i barwne wydarzenia polityczne rozgrywające się wtedy w tamtyh rejonie nie bez polskiego udziału, jak o osobowość i ranga historyczna  niektórych postaci, które podówczas na Wschodzie działały (Sadyk-Pasza, Teodor Tomasz Jeż, Karol Brzozowski) lub choćby się oń otarły (Mickiewicz !), wreszcie sama egzotyka i starożytność  miejsc.

Nie bez znaczenia był też fakt, że spora grupa naszych rodaków przebywających w owym czasie w imperium osmańskim zaliczała sie do ludzi pióra, nierzadko nawet wysokiego lotu. Pozostawili oni obfity materiał informacyjny w postaci wspomnień, pamiętników i korespondencji; częśc tej spuścizny ukazała się drukiem już w ubiegłym wieku, część doczekała się publokacji niedawno, większość zachowała się w rękopisie. (…)

Więcej - Osiągnięcia Inżynierskie Wielkiej Emigracji

 

Muzeum przy ulicy Słodkich Migdałów.

Adam Mickiewicz

Stambuł powraca do mnie dziesiątkami obrazów, sczerniałym złotem Ayasofii, zarysami meczetów, rozportartych nad miastem jak wielkie namioty, konkretną muzyką Bosforu. I – dziwna rzecz – w natłoku owych migotań, plusków i szmerów, trudno mi usłyszeć w sobie pierwsze zdanie relacji o Mickiewiczu.

… Przypłynęli do portu statkiem Tabor. Mgła opadła, minarety odbijały się w wodzie. Tragarze wzięli na ramiona kufry i tobołki przybyszów, i poszli w kierunku Galaty. Nie, to brzmi jednal jak z kiepskiej powieści.

… Zmarł w Stambule 26 listopada 1855 roku. Tak zacząć będzie najprościej. To podobno wie każde polskie dziecko. To powinien wiedzieć każdy z naszych turystów, cierpliwie szlifujących kryte korytarze Wielkiego Bazaru. No tak, ale skoro wiedzą, to dlaczego tozawstydzająca pustka w domu nr 29 przy Tatlibadem Sokagi, czyli przy ulicy Słodkich Migdałów.

Naprowadził mnie na jej trop starszy pan z laseczką, podobny z twarzy do Ataturka, który spogląda szeroko rostawionymi oczami z pieniędzy, rzeźb i wszędzie obecnych portretów. Starszy pan szedł w dół od placu Taksim, w plątaninę dziewitnastowiecznych czynszowych kamieniczek dawnej Pery, stłoczonych w nieprawdopodobnym ścisku.

Tu było niegdyś kosmopolityczne nowe miasto, zamieszkane przez Genueńczyków, Greków, Ormian, przybyszów z Europy zachodniej. Do dziś ślady europejskich tradycji są wszędzie widoczne, chociaż Pera zwie się już inaczej, a z turecka: Beyoglu.

To działo się gdzieś tutaj przed z górą wiekiem. Po tych samych ulicach chodził z rozwianym siwym włosem starszy pan, co przybył w te strony z Paryża, aby stworzyć u boku Turcji polski legion. Jak wyglądał? Najpewniej jak pieśniarz z „Konrada Wallenroda”:

                                W licach, pamięci widać natężenie,
                                Brwi podniesione, pochyłe wejrzenie,
                                Chcące z głebiny ziemnej coś wydostać;
 

                 Zgadza się i dalszy ciąg tego przedniego autoportretu, namalowanego jeszcze w młodości, i – co dziwne – znakomicie oddającego przyszły wizerunek autora.

                                Zapewne myślą, w obłednych pogoniach,
                                Ściga swą młodość na przeszłości toniach.
                                Gdzież dusza jego? – W krainie pamiątek.
 

                W koło otaczała Mickiewicza kraina odmienna od tamtej, ściganej myślą. A jednak przypominała ją w najbardziej niespodziewanych szczegółach. Oto stambulski cmentarz. Przechadzając sie tutaj z Karolem Brzozowskim miał poeta powiedzieć: Mówiono mi, że w Smyrnie ma być grota Homera, ale ja tam nie ciekawy tego! Leżała tam kupa gnoju i śmieci, wszystkie szczątki razem: gnój, pomyje, potłuczone czerepy, kawał podeszwy starego pantofla, pierza trochę – to mi się podobało! Długo stałem tam, bo to było zupełnie jak przed karczmą w Polsce. Ale syn mój nie zrozumiałby już tego…

Oto bulwar Bosforu. Dmucha wiatr, deszcz zaczyna siąpić, woda pełna meduz pokrywa ospowatym nalotem. W tym domu mieszkał przed laty krakowski kupiec marmuru i boraksu Groppler. Teraz na przeciw jego okien kolebie się w porcie grecki statek. Groppler podejmował Mickiewicza z wielka estymą i uszanowaniem; powiadają, że nawet pani kupcowa zaniemówiła z wrażenia w ów wieczór.

- Więc wy mnie tak kochacie – miał powiedzieć poeta na tm bulwarze.

- Acóż dacie świętym?

A oto dzielnica Besiktasz. Tu, przed z góra wiekiem mieszkała w pięknej willi pani Sadykowa, czyli Ludwika Śniadecka, pierwsza miłość Juliusza Słowackiego. W jej przytulnym salonie nieraz roztrząsano w obecności wieszcz sprawu legionu, któremu miał przewodzić mąż Ludwiki. Sadyk Pasza, lub, jak kto woli, Michał Czajkowski.

Wędrując Perą napotykam co krok białe dziedzińce kościołów, jak zatoki odmienne swoim klimatem od burzliwego morza ulic. W klasztorze Lazarystów mieściło się pierwsze stambulskie mieszkanie poety, dzielone z Levym i Służalskim. W czterech kątach celi leżały materace, siodło zastępowało stół, kufer okryty wzorzastym materiałem – kanapę dla gości. Przychodziło ich sporo. Na początek zjawiła sie starszyzna kozacka w kontuszach, pasach, czapach baranich, żółtych i czerwonych butach. Uciekinierzy spod władzy carskiej przynieśli poecie chleb i sól dawnym słowiańskim obyczajem. Wzruszył się jak u Gropplerów.

A teraz szukam domu, który był ostanią przystanią Pielgrzyma. Domu, którego już nie ma. Na jego miejscu, na piwnicach tamtego, wybudowano inny, murowany. Dziś mieści się w nim muzeum Adama Mickiewicza, jedno z czterech w świecie. Ba, tylko  jak je odnaleźć? Zagadnąć starszego pana z laseczką? Tyle już podobnych pytań pozostało już bez odpowiedzi! Przechodnie kręcili głowami. Nikt nie słyszał. Nikt nie wie. Polish poet’s museum? I don’t know!

Człowiek o twarzy Ataturka uśniecha się, jest w tym uśmiechu pełne zrozumienie, jego laseczka zatacza łuk, nieruchomieje nad skupiskiem domów glinianej barwy. Tam! Zresztą – mówi Turek – pójdziemy razem.

Jedna przecznica, druga, trzecia. Coraz bliżej. Boto ulic nabiera fosforycznego blasku. Wygląda na to, że ten nieznany jeszcze dom w sercu ubogiej Pery rzeczywiście elektryzuje posła spod Wawelu! Im niżej, tym bardziej potęgują się zwaliska odpadków i błota. Na dodatek: Wykpoki! Któż ich nie zna w naszym kraju. Już zaczynają nastrajać nostalgicznie, jak poetę – kupa śmieci opodal groty Homera. Spostrzegam napis na skrzyżowaniu: Adam. Czyżby właśnie ten dom? Czyt to tylko nazwa ulicy? Na cześc naszego Adama czy Adama z raju?

Trudno roztrzygnąć, bo nagle spod ziemi wyrasta olbrzymia ciężarówka. Atakuje błoto, warczy, grzęźnie, zawadza o resztki trotuaru, spycha mnie pod sam mur. Przejechała cudem.

Przewodnik zniknął. Gzie on się podział do licha? Rozglądam się speszona na dobre. Między błotem a chmurami wyratstają koronki wież ortodoksyjnego kościóła św. Konstantyna. Niżej, w stronę Bosforu – tureckie mrowisko targu. I nagle z jego środka wzbija się swojski głos:

- Proszę, proszę, to tutaj! Czego tam stoicie? Ten stary Turek mnie zawołał, chodź, mówi, na pomoc, bo się twoje Polaki boją.

Dom jest narożny, ciężko osadzony w wąskiej ulicy, Ściany spękane po trzęsieniu ziemi noszą piętno wilgoci. Pod bramą stoi nieśmiertelna warszawska kumoszka, cała w uśmiechu. Powiada, że biodra ma poobijane od mocowania się z drzwiami otwierającymi opornie. Gdzieśmy się znaleźli? Na ulicy ślodkich Migdałów. Gdzie te migdały? Chyba na straganach, ciasno opasujących dom, bo dziś środa, dzień lokalnego targu na Perze.

Okna parteru zakratowane. Tablica mało widoczna. Występ pierwszego piętra rzuca cień na płachty z towarem, rozportarte pod bramą. Piramidy mandarynek i bananów, bukiety sałat i rzodkwi, wielkie marchwie przemyślnie ułożone w kształcie minaretów. Obok tłoczą się na straganach ryby i baranina, łyżki, ozdoby z onyksu, lokum czyli słodzycze z cukru, mąki, fistaszków i likieru, góry ciuchów… Handlarze przymocowali już do okien Mickieiwczowskiego domu wielką biała plandekę. Jeszcze chwila, a cień pod bramą pogłębi się, bazar otrzyma dach przerzucony na d ulicą jak wielki, biały namiot.

Pani Aniela jescze raz stacza walkę z drzwiami, narażając na szwank swoje poobijane biodra i oto otacza nas chłód muzealnej sieni. Z półmroku wychyla się popiersie poety, kilka portretów, książki i fotokopie w gablotach. „Realia Mickiewiczowskie” Podhorskiego Okołowa. „Droga Mickiewicza” Strumph Wojtkiewicza. Jastruna „Szkice o Adamie Mickiewiczu”…

Ubogo. Biednie. Nijako. Pusto. Z dachu się leje – pani Aniela miednicę podstawia. Jak się tu nie zbuntować w sercu? Myślę, że koniecznie trzeba by ten dom wykupić, a jeżeli nie, to przynajmniej wyremontować, porozumieć się z władzami tureckimi, żeby przynajmniej dojście było jakie takie, usprawnić informację. Bo jakże to? I co sobie ludzie Wschodu, przywykli do sądzenia z pozorów, myślą o tym największym poecie? Taki tam wielki, jak i pamięć o nim!

Kilka ulic stąd mieszka prof. dr Ludwik Biskupski, przez długie lata wykładowca języka i historii literatury francuskiej na uniwersytecie stambulskim. Poznałam go w Polsce z okazji Zjazdu Uczonych Polonijnych, Był w kraju – mówiąc nawiasem – po raz pierwszy. Zarówno on jak i jego ojciec urodzili się już w Turcji, w Adampolu, mając w „herbie” czerwoną pruską pieczęć na paszporcie przodka, powstańca listopadowego. To właśnie profesor Biskupski nieskazitelną polszczyzna opowiadał mi pod Wawelem o domu Adama Mickiewicza w Stambule. To on pomagał mi zadomowić się nieco w klimacie kraju swoich lat dziecinnych. I oto jestem w owym legendarnym domu, o którym tyle słyszałam.

Poloneza czas zacząć, głosi podpis pod ryciną Andriollego i pani Aniela zaczyna. Głosem, w którym nie wiadomo: goryczy więcej czy rezygnacji, opowiada o swoim życiu. Przed laty uciekła z warszawskiej nędzy. Mieszkała na Nowowiejskiej pod kościołem Zbawiciela. Z domu zwała się Lewińska, z męża Sokołowska, a teraz zwie się Erdzian-li. Takie nazwisko przyjął drugi mąż, Rosjanin. Kiedyś dawno temu, jeszcze przed wojną, trafiła się okazja wyjazdu.

- Zobaczę i wrócę – myślała.

- A tu proszę pani portret Celiny Mickiewiczowej z córkami. I dworek Tuhanowicze z taflą jeziora. Obrączka, czarny sweter, oczy błagalne. Tak. To, co mówi ta kobieta o swoich dziejach, jest już tylko mało znaczącym dodatkiem do niepokoju jej źrenic. Nadchodzi starość. Gdzie znaleźć przytułek?

Martwa cisza domu kontrastuje z dookolnym gwarem. Na zewnątrz rojny targ. Wewnątrz murów narożnego domu historia starej kobiety, jedynej strażniczki piewszego grobu Mickiewicza, który umarł tutaj 26 listopada, 122 lata temu. Tutaj, w tej izbie. Miała tylko jedno kwadratowe okienko i jak napisał Tadeusz Padalica w „Listach z podrózy” – „trąciła pustkowiem przypominając nasze karczemne izby, jakie czasem w jesiennej porze zastajemy na szlakach ukraińskich”.

I dziś niewiele lepiej wygląda. Z okna otwartego w kierunku Bosforu widać nisko w dole boisko piłki nożnej. Zawodnicy zabłoceni po uda uganiają się wśród kałuż. Pani Aniela konspiracyjnie przesłania dziurę w firance.

- A prosiłam, prosiłam o lepsze – tłumaczy widząc, że konspiracje wykryto i dorzuca w zamieszaniu – przepraszam, przyniosę zboże dla synogarlic…

Więc to tutaj miał powiedzieć do Służalskiego: powiedz atamanowi, że umieram jak Kozak, moja dusza nie ulatuje, lecz wyrywa się z ciała. Tu skarż sie Levy’emu: nie wiedzą co mi jest, chcą mnie rozgrzać, a ja cały w ogniach. Tu, na pytanie, co przekazać dzieciom – wyszeptał: Niech się kochają – zawsze. Ci, którzy ptzy nim trwali do godziny dziewiętnastej wieczorem owego dnia, chyba nie zapomnieli tego czuwania do własnej śmierci.

Adam Mickiewicz na łożu śmierci

Teraz mam to wszystko w oczach. Zyskałam wiedzę o miejscu, w którym to się działo. Korzystając z chwili samotności staram się odtworzyć z okien trasę konduktu pogrzebowego. A więc tak: Trumnę złożoną na wozie zaprzężonym w parę wołów, otaczali żołnierze z dywizji Władysława Zamoyskiego. Szli w czerwono-granatowych mundurach, z bronią opuszczoną w dól, za nimi zaś tłum przyjaznych ludzi wszelakich narodowości. Wóz posuwał się wśród deszczu pod Górę Perotską. Nabożeństwo odprawiono w nie istniejącym już kościele przy ul. Pera (obecnie Galataseray). Potem kondukt skierował się spadzistą ulicą w stronę Bosforu. Trumnę umieszczono w łodzi i przewieziono na okręt pocztowy. 31 grudnia „Eufrat” odpłynął do Francji.

Wraca pani Aniela, z nią synogarlice zlatują się do okien. Przechodzimy na taras, kot czmucha między żółte „śmierdziuszki”. Rosną w doniczkach, aby od czasu do czasu służyć w charakterze bukietu nagrobnego. Czy chcę na pamiątkę? Jeśli tak, to bardzo chętnie. Pani Aniela domyśla się, co taki kwiatek może znaczyć w Polsce i co może przypominać.

Źródło (tekst): Przekrój, 19 czerwca 1977. Ewa Owsiany – “W muzeum przy ulicy Słodkich Migdałów”.