Archiwa tagu: Bękart ze Stambułu

Elif Szafak – Elif Şafak – Elif Shafak…. do koloru, do wboru

Wywiad z Elif Şafak.

Wyobraziłam sobie, że jak moje mleko skwaśnieje, to zrobi się szare, a potem czarne. A jeśli czarne, to może uda mi się z niego zrobić atrament? – rozmowa z turecką pisarką Elif Safak.

Elif Safak – ur. 25 października 1971 r. w Strasburgu, turecka pisarka. Autorka 12 książek, z których do tej pory cztery ukazały się po polsku: ‘Lustra miasta’, ‘Pchli pałac’, ‘Bękart ze Stambułu’ i autobiograficzna ‘Czarne mleko’. Pisze po turecku i po angielsku. Ma dwoje dzieci, mieszka w Stambule.

O ‘Czarnym mleku’ usłyszałam kilka lat temu, kiedy pani książka ukazała się w Turcji. Reklamowano ją jako autobiograficzną ‘opowieść o depresji poporodowej’. Sądziłam że będzie mroczna, przygnębiająca i trudna. Ale okazało się, że nie. To wbrew pozorom bardzo budująca lektura!

Chciałam, żeby tak było. Ta książka jest również o tym, że depresja może być twórczym momentem w życiu. Bo z jednej strony nasza osobowość rozpada się na tysiące małych fragmentów, ale z drugiej – możemy je wtedy wszystkie dokładnie obejrzeć i przyjrzeć się, z czego tak naprawdę jesteśmy zbudowane. Możemy też je potem poukładać na nowo. I to, co uda nam się ulepić, jest zwykle dużo lepsze od tego, co było przedtem.

Czy według pani macierzyństwo jest takim momentem przełomowym, kiedy udaje nam się odkryć niezauważone dotąd aspekty naszej osobowości?

Macierzyństwo jest tylko jednym z wielu takich przełomowych momentów. Mnie zawsze zadziwia to, jaką my, kobiety, mamy zdolność do stwarzania siebie na nowo na różnych etapach życia. Nie chcę powiedzieć, że mężczyźni się nie zmieniają, ale u kobiet te zmiany są częstsze i mają bardziej gwałtowny przebieg. Tę zdolność do zmiany i do adaptacji do nowych warunków mamy zakodowaną w sobie – kiedy z dziewczyny stajemy się kobietą, a potem matką i żoną, a potem kobietą dojrzałą. Każda z tych metamorfoz jest małą rewolucją i nawet jeśli rozpadamy się na drobne kawałki, to wiemy, jak je potem poskładać.

To jest instynkt?

Czasem instynkt, a czasem musimy się tego nauczyć.

Co myślała pani o innych matkach, zanim sama urodziła dziecko? Przez wiele lat publicznie zaklinała się pani, że małżeństwo, macierzyństwo nie są dla pani.

Przez większość mojego życia wartością nadrzędną było pisanie. Uważałam, że już mam męża – moim mężem była literatura. Role matki i żony – tradycyjnie pojmowane – nie leżały w sferze moich zainteresowań. Chciałam być niezależna, a te role wydawały mi się potwornie ograniczające. Widziałam też zbyt wiele kobiet z różnych środowisk i pokoleń, świetnie wykształconych, inteligentnych, niezwykle utalentowanych, które poświęciły swoje zainteresowania i pasje po to, żeby się do tych ról dopasować. Kobiety dokonują znacznie większych poświęceń w małżeństwie niż mężczyźni i jest to reguła niezależna od kultury. Chciałam tego uniknąć. No i nie byłam fanką burżuazyjnej instytucji małżeństwa. Szczerze mówiąc, dzisiaj też nie jestem.

Wychowała się pani w rodzinie, która była zaprzeczeniem tradycyjnego modelu.

Jak na wczesne lata 70., na Ankarę i środowisko klasy średniej to był rzeczywiście wyjątek. Wychowała mnie mama z babcią. Mama była rozwódką, samotną mamą i nowoczesną kobietą, która dużo pracowała, żeby nas utrzymać. Przez pierwsze lata mojego życia była nauczycielką. Wychodziła o świcie i wracała późno, więc zajmowała się mną babcia, która była bardzo tradycyjna – nigdy nie pracowała, zajmowała się domem, wierzyła w czary i duchy, miała przesądy, zdarzało się, że leczyła ludzi niekonwencjonalnymi metodami. Kiedy miałam osiem lat, mama została dyplomatką i wyjechałyśmy do Hiszpanii, a nasza rodzina skurczyła się do dwóch osób. Przez całe dzieciństwo większość czasu spędzałam sama. Byłam zamkniętym dzieckiem. Wcześnie zaczęłam czytać i pisać. Bez przerwy wymyślałam jakieś historie – na temat ludzi i przedmiotów, bo moje życie wydawało mi się nudne.

Jest pani bardziej podobna do mamy czy do babci?

Jestem syntezą obu. Wykształconej, nowoczesnej, silnej feministki oraz tradycyjnej, duchowej, mądrej kobiety, która przekazała mi w spadku piękne opowieści i bajki, które z kolei sama usłyszała od starszych kobiet ze swojej rodziny. To bezcenny prezent. Takie “babcie” istnieją w każdej kulturze: żydowskiej, muzułmańskiej, chrześcijańskiej, są kopalnią wiedzy na temat życia i świata – i kiedy spotykam taką starszą panią gdzieś na świecie, np. w Rosji, mam poczucie, że ją dobrze znam. Dzięki babci czuję związek z przeszłością. Lubię wprowadzać do swojego pisarstwa elementy ustnego przekazu, bo sztuka opowiadania historii jest bardzo stara i warto o tym pamiętać. To kobiety uprawiały tę sztukę: babcie wnuczkom, a potem dorosłe wnuczki swoim wnukom opowiadały te same historie – to jest esencja literatury. Chcę kontynuować tę tradycję.

Wychowała się pani w domu kobiet. Nie brakowało pani męskiego wzorca?

Był jeszcze mój dziadek, ale nie przypominam sobie, żeby brał jakiś istotny udział w moim wychowaniu. Czasem mi oczywiście tego brakowało, dlatego lubiłam spędzać czas na podglądaniu innych rodzin.

I co pani wyszło z tego podglądania?

Z jednej strony zazdrościłam rówieśnikom gęstego życia rodzinnego, a z drugiej, w miarę jak byłam coraz starsza, zobaczyłam, że ludzie potrafią się również bardzo ranić, że wiele kobiet jest nieszczęśliwych, niektóre doświadczają przemocy, że mężczyźni odchodzą. Jako postronny obserwator widziałam więcej niż inni i to sprawiło, że zaczęłam bardziej krytycznie przyglądać się roli kobiety w rodzinie. I nie podobało mi się to, co zobaczyłam. Widziałam też, że wiele kobiet decyduje się trwać w tych związkach tylko z miłości do dzieci.

Jako dziecko samotnej mamy nie była pani obiektem drwin?

Nie przypominam sobie. Później, w Hiszpanii – tak, ale z innego powodu. Chodziłam do bardzo elitarnej międzynarodowej szkoły i byłam tam jedyną Turczynką. Ponieważ jako jedyna reprezentowałam swój kraj, cokolwiek się w nim działo, byłam za to odpowiedzialna. Kiedy Turek dokonał zamachu na papieża albo kiedy Turcja dostała zero punktów w konkursie Eurowizji, inne dzieci wyśmiewały się ze mnie. Dla dziewczynki świadomość, że jest obarczona odpowiedzialnością za coś znacznie większego od siebie, była przytłaczająca. Czułam się wyalienowana, ale ta alienacja bardzo sprzyjała mojej pasji do czytania i pisania. To był świat, w którym czułam się bezpiecznie. Szczerze mówiąc – to była najlepsza rzecz, którą miałam w życiu. I mogłam ją zabrać ze sobą wszędzie, niezależnie od kraju i kultury, a potem przeprowadzałyśmy się jeszcze kilkakrotnie.

Jako 18-latka zrzekła się pani nazwiska ojca i przyjęła drugie imię mamy – Safak. Dlaczego?

Z nazwiskiem ojca nie czułam się komfortowo. Wydawało mi się absurdalne, że noszę nazwisko kogoś, kogo nie znam. Kiedy miałam 18 lat, nie byłam jeszcze pisarką, ale już pisałam i chciałam stworzyć siebie na nowo, zanim zacznę publikować. Z imieniem mamy czułam bliski związek. Była w nim dobra energia.

Co takiego się stało, że mimo całej niechęci do instytucji małżeństwa zdecydowała się pani jednak wyjść za mąż?

Czy jak powiem, że to prawdziwa miłość, to wystarczy?

Nie wiem

Mój mąż jest wyjątkowy. Czasem mam wrażenie, że pochodzi z innej planety. Eyup wychował się jako jedyny syn wśród pięciu córek, więc był przytłoczony miłością matki i sióstr i nie chciał wchodzić w związki, w których drugą osobę traktuje się jak własność. Mamy więc tę samą potrzebę niezależności i dajemy sobie nawzajem dużo wolności.

Jak to wygląda w praktyce?

Nie wisimy na sobie, mamy swoje odrębne światy. Ja mam swoją bardzo angażującą pracę, Eyup jest redaktorem naczelnym dużej gazety w Turcji, więc też jest bardzo zajętym człowiekiem. Potrafimy długo się nie widzieć. Nasz związek od początku był nietypowy. Przez pierwsze dwa lata dojeżdżaliśmy do siebie – ja wykładałam na Uniwersytecie w Arizonie, on mieszkał w Stambule. 26 godzin lotu samolotem – to było szaleństwo, ale daliśmy radę. Poza tym jesteśmy różni, jak Berlin wschodni i Zachodni – tam zresztą wzięliśmy ślub. On opanowany, zrównoważony. Ja w ciągłym ruchu, chaotyczna, niecierpliwa. I te przeciwieństwa zadziałały jak magnes.

Zanim została pani matką, zidentyfikowała pani w sobie cztery kobiece głosy, które zaciekle walczyły o władzę – w książce nazwała je pani: Ambicją Czechowską, Intelektualistką Cyniczną, Panienką Praktyczną i Panią Derwisz. Wszystkie były powiązane z umysłem albo z duchowością. Ale nie było żadnej, która miałaby związek z ciałem.

Bo go nie posiadałam! A raczej nie chciałam go mieć.

A w czym ono przeszkadzało?

W społeczeństwie patriarchalnym, kiedy kobieta jest młoda i pisze książki, przede wszystkim widzi się ją jako kobietę, a dopiero później jako pisarkę. Płeć ma wpływ na to, jak odbierają cię krytycy, środowisko pisarzy, w jaki sposób piszą o tobie i twoich książkach. To subtelne, ale trzeba przejść przez wiele upokorzeń, uprzedzeń, pomniejszeń. Język, jakim posługują się krytycy w stosunku do twórczości młodej pisarki i do tego, co stworzył pisarz mężczyzna w średnim wieku, jest kompletnie inny. Świat literatury jest światem zdominowanym przez mężczyzn, nie tylko tutaj. O ironio! Bo przecież większość czytelników to są kobiety. I w tym świecie moje ciało, moja płeć wydawały mi się ogromną przeszkodą – chciałam je ukryć. Chciałam istnieć tylko jako czysty umysł i wyobraźnia.

Jak się ukrywa własne ciało?

Można się na przykład zaniedbać. Nie kupować sobie ubrań, butów, nie stroić się, nie malować. Włosy, paznokcie – to nie było ważne. Chciałam, żeby ludzie dyskutowali o moich książkach, a nie o mnie. Przez wiele lat ta Cyniczna Intelektualistka dominowała we mnie. Jednak okazało się, że tak nie da się funkcjonować w nieskończoność.

I co się stało?

Mając prawie trzydziestkę, dostałam stypendium dla pisarzy w Mount Holyoke (USA). Wpadłam w trans pisania powieści. Żyłam jak mniszka. Chciałam stać się takim androginicznym bytem. Czystym umysłem. Tak oddzieliłam się od ciała i zminimalizowałam jego potrzeby, że przestałam miesiączkować. Skóra zrobiła się sucha, włosy cienkie, schudłam. Znikałam, ale umysłowo byłam u szczytu możliwości.To było ekstremalne doświadczenie. To niezwykłe, jaką siłę ma ludzki umysł, jak może wpłynąć na ciało i jak to ciało potem oddaje mu rykoszetem.

Ale nie zniknęła pani.

W pewnym momencie zdałam sobie sprawę, że robię sobie krzywdę. Skończyłam powieść, wróciłam do Stambułu, spotkałam mojego przyszłego męża i zakochałam się. Najpierw na moje ciało otworzyła mnie miłość, a potem ciąża. I dostrzegłam, że mam w sobie też inne głosy, których starałam się przez wszystkie lata nie słyszeć – nie tylko te intelektualne i duchowe. Zobaczyłam, że mieszka też we mnie mała domowa ‘mamuśka’ i zmysłowa ‘kokietka’. Dotarło do mnie, że dopiero umysł i ciało tworzą całość, że bez jednego nie ma drugiego. Depresja poporodowa, a potem pisanie ‘Czarnego mleka’ to było niezwykle ważne doświadczenie, które pozwoliło mi siebie przebudować. Bo przedtem miałam w sobie monarchię – pewne głosy zdominowały i uciszyły inne ważne aspekty mojej osobowości, a potem, jak poskładałam się na nowo, zapanowała demokracja sześciu różnych kobiet we mnie. Dzisiaj może jest ich nawet więcej, ale jeszcze nie umiem ich nazwać. Bycie 40-letnią kobietą to zresztą bardzo interesujący moment w życiu – coś się uspokaja w nas, przestajemy tak drgać. Stajemy się mądrzejsze.

Została pani matką, mając 37 lat, ale już w wieku lat 35, kiedy była pani jeszcze zdeklarowaną singielką, zaczęła pani odczuwać jakąś nieokreśloną tęsknotę za macierzyństwem.

Chyba właśnie wtedy te głosy, które starałam się zdławić, chciały się ujawnić. Czas, w którym to się wydarzyło, jest istotny, bo myślę, że wszystkie mamy wewnętrzny zegar biologiczny, którego nie da się oszukać. I nawet jeśli się myśli, że nie chce się zostać matką, albo ‘nie teraz’, albo ‘nie zależy mi’, to jakaś część nas wie, że zostało nam jeszcze tych pięć, dziesięć lat, a potem koniec.

Jak pani zniosła ten bardzo cielesny stan, jakim jest ciąża?

Na początku fizycznie i emocjonalnie czułam się rozbita. Przerażała mnie myśl, że na zawsze utracę niezależność. Przez większość życia byłam w ciągłej podróży. To było moje źródło energii, więc bałam się, że będę musiała się zatrzymać i że to oznacza koniec. Wejdę do pudełka, zamkną je i już. Czułam, jak się duszę.

W pewnym sensie ten lęk się zmaterializował.

Wiele rzeczy się na to złożyło. Urodziłam córkę. Mąż wyjechał na pół roku, żeby odbyć służbę wojskową. W tym samym czasie miał miejsce proces przeciwko mnie o obrazę tureckości w książce ‘Bękart z Stambułu’. To wszystko razem to było dla mnie zbyt wiele, ale nie zdawałam sobie z tego sprawy, dopóki nie poczułam, że ogarnia mnie ciemność. Nagle znalazłam się sama z noworodkiem w pustym domu i nie miałam pojęcia, co dalej robić. Wstawałam do dziecka w dzień, w nocy, traciłam siły, aż straciłam je już zupełnie

Co było dla pani najtrudniejsze w tym okresie?

Powiedzieć na głos, że potrzebuję pomocy. Przedtem wszystko robiłam sama. Nawet jeśli popełniałam błędy, to potem sama ponosiłam konsekwencje. Nie wiedziałam nawet, jak się prosi o pomoc. Tak mnie wychowano – na samodzielną i niezależną. Nie chciałam nawet zatrudnić niani, bo wydawało mi się, że dam sobie radę sama. I to było błędne założenie.

Co mówiła babcia?

Była już bardzo stara, mieszkała w innym mieście. Rozmawiałyśmy przez telefon. Mówiła tylko, że nie powinnam tyle płakać, bo mleko mi skwaśnieje. To jej zawdzięczam tytuł książki, bo wyobraziłam sobie, że jak to mleko skwaśnieje, to zrobi się szare, a potem czarne, a jeśli czarne, to może uda mi się z tego zrobić jakiś atrament do pisania? Wtedy pojawił się pomysł, żeby to opisać, że może to mnie w jakiś sposób uleczy. Tradycyjne kobiety tureckie miały swoją mądrość ludową, bo przez 40 dni po porodzie kobieta nie mogła zostać sama. Noworodkiem i mamą zajmowały się inne kobiety w rodzinie, to miało ich oboje ustrzec przed wpływem złych duchów, czyli dżinów. Ale współczesne kobiety przecież nie wierzą w zabobonny.

Pani mama coś radziła?

Miała dobre intencje, ale nie miała pojęcia, co się robi w takiej sytuacji. Wszyscy się dużo wtedy nauczyliśmy. Są dwie sprawy, które sprawiają, że depresja się pogłębia. Po pierwsze, myślisz, że tylko tobie się to przytrafiło, więc masz poczucie, że coś jest z tobą nie tak. To bardzo szkodliwe myślenie. Po drugie, wydaje ci się, że ten stan będzie trwał wiecznie, co również jest bardzo szkodliwe. Ale kiedy jesteś w samym środku depresji, nie widzisz niczego poza nią. Dopiero kiedy zdasz sobie sprawę z tego, że wiele kobiet przez to przechodzi w mniejszym lub większym stopniu, wtedy powoli zaczynasz z tego wychodzić. I kiedy zauważysz, że to tylko epizod w życiu – wtedy przestaje być tak ciężko.

Jaki był odzew czytelników, kiedy książka ukazała się w Turcji?

To było niezwykłe. Pokazało, jak bardzo była potrzebna. Dostałam mnóstwo listów od kobiet, które przeszły przez podobne doświadczenia, ale też od mężczyzn. Nie zapomnę czytelnika koło pięćdziesiątki, który napisał, że gdyby mógł tę książkę przeczytać 30 lat wcześniej, to byłby w stanie zrozumieć, co się działo z jego żoną. On tego kompletnie nie mógł pojąć. Myślał, że jest niewdzięczna, i stał się wobec niej gorzki. To zaważyło na ich całej relacji.

Depresja poporodowa to temat tabu w Turcji?

Nie tabu, ale coś, o czym nie wypada mówić, bo generalne założenie jest takie, że chwila, w której zostajesz matką, to jest chwila absolutnego szczęścia. W tym sensie ‘Czarne mleko’ było wyjątkowym głosem. Jednak ludzie przyjęli tę książkę z otwartymi rękami, bo nie jest przygnębiająca. Jest w niej też duża dawka humoru, jak pani zauważyła.

Jak udało się pani sięgnąć po humor, będąc w depresji?

Kiedy zaczynam pisać, mam wrażenie, że korzystam z jakiejś innej części mózgu i tam zawsze włącza się poczucie humoru. Jestem dużo zabawniejsza i mądrzejsza, kiedy piszę. Chciałabym być taka na co dzień – mieć ten dystans, widzieć rzeczy w ich właściwym rozmiarze. Poza tym uwielbiam ten taniec pomiędzy smutkiem i śmiechem, bo myślę, że życie takie jest.

Co ostatecznie pani pomogło?

Mój stan trwał dziesięć miesięcy. Po jakichś ośmiu zaczęłam pisać ‘Czarne mleko’, bo doszłam do wniosku, że jedynie próba opisania tego doświadczenia może mnie uleczyć. I tak się stało. Ból się rozpłynął. Przez osiem miesięcy od narodzin córki nie byłam w stanie napisać ani słowa. Dlatego też to wszystko mnie tak uderzyło. Dla kogoś, kto od ósmego roku życia zawsze pisze – powieści, opowiadania, artykuły, dzienniki – niemożność pisania była szokiem. A im bardziej chciałam, tym bardziej nie mogłam. Bardzo cierpiałam. Zawsze miałam jakieś historie w głowie, pomysły, a tu pustka. Bałam się, że już nigdy niczego nie napiszę.

Jak dzisiaj udaje się pani godzić pisanie z wychowywaniem dzieci?

Największy problem z pisaniem polega na tym, że to nie jest praca od 9 do17. Nie można jej zostawiać za drzwiami, kiedy wchodzi się do domu. Kiedy piszę powieść, myślę o niej dniem i nocą. Jestem obecna ciałem, ale duchem jestem gdzie indziej. Dzieci nie są w stanie tego zrozumieć, ba, nawet większość dorosłych tego nie rozumie. Tata wychodzi do biura i to jest OK. A mama? Siedzi, coś tam sobie pisze i tak, jakby jej nie było. Ostatnio moja pięcioletnia córka zrzuciła wszystkie książki z dolnych półek, i zaczęła w nich mazać. Kiedy ją zapytałam, co robi, odpowiedziała, że ‘rozdaje autografy’. (śmiech)

Jednak staram się. Piszę w nocy, kiedy śpią albo kiedy mają drzemkę w ciągu dnia. Dzisiaj mam już opiekunkę, co pozwala mi na pisanie też poza domem. Ale to jest żonglerka – większość matek ją dobrze zna. Staram się też dużo czasu spędzać z dziećmi, bo są jeszcze małe – czasem mi to wychodzi lepiej, a czasem gorzej, ale dzisiaj już wiem, że jedno z drugim da się pogodzić. I nie czuję się stłamszona. Podróżuję razem z dziećmi. Kiedy pisałam swoją ostatnią powieść, na pół roku przenieśliśmy się do Londynu. Nie czuję się już pępkiem świata, uspokoiłam się, mam w sobie więcej uwagi dla innych, więcej współczucia.

Pisze pani codziennie?

Mam okresy bardzo intensywnej pracy. Wtedy potrafię pisać po 15-20 godzin na dobę. I tak przez rok, półtora. Wtedy przestaję istnieć dla świata. Potem przychodzi okres rozprężenia. Pisanie powieści jest tak fizycznie wyczerpujące, że potem muszę się regenerować. Wychodzę wtedy do ludzi, delektuję się wolnym czasem, bawię.

Lubi pani być z ludźmi?

Bycie pisarzem to niezwykle samolubne zajęcie. Mamy wielkie ego. Nie umiemy pracować z innymi – trudniej nam też nawiązać bliskie relacje. Łatwo o poczucie, że jest się bogiem – powołujemy do życia postacie, kształtujemy ich losy, zabijamy je, ale takie pisarstwo nie jest bliskie mojemu sercu. Nie czuję się ‘wielkim kreatorem’. Nigdy nie wiem, jacy będą moi bohaterowie, co im się przytrafi. To oni przychodzą do mnie, stwarzają się w trakcie pisania, mówią, w którym kierunku mam podążać. Uważam, że takie jest zadanie pisarza – zrozumieć drugiego człowieka, zobaczyć go w całości z jego wewnętrznymi napięciami i konfliktami. Okazać mu współczucie.

Pisze pani w gabinecie?

Nie. Nie znoszę ciszy ani sterylnych miejsc. Często piszę w głośnych kawiarniach, w zatłoczonych miejscach. Stambuł jest pełen dźwięków i życia, podobnie jak Londyn – dlatego tak bardzo lubię te miasta. Dworce, lotniska też są dla mnie idealne do pracy, albo piekarnia. Zapach chleba mnie uspokaja podobnie jak ruch i zgiełk.

Tutaj, w Stambule, widziałam w księgarniach pani najnowszą książkę ‘Iskender’. O czym jest?

A przyjrzała się pani okładce? Mam ją ze sobą. Zaraz pani pokażę Książka ukazała się kilka dni temu i ta okładka już wywołała burzę. To jestem ja w przebraniu mężczyzny.

Rzeczywiście.

Iskender to imię głównego bohatera. A raczej antybohatera. To była dla mnie trudna, ale ważna transformacja – wcielić się w postać mężczyzny. Chciałam dać sygnał czytelnikom, że na tym właśnie polega literatura – możesz stać się zupełnie kimś innym, nawet zmienić płeć. ‘Iskender’ to opowieść o tym, jak w Turcji kształtowana jest męskość. To złożony proces. Kiedy patrzę na tureckiego mężczyznę, to przede wszystkim widzę w nim kobietę.

Jak to?

Kobietę, która go wychowała. Jego matkę. Uważam, że to matki w dużej mierze są odpowiedzialne za to, jacy są nasi mężczyźni. W Turcji synów często wychowuje się jak sułtanów – wszystko mają podstawione pod nos, są zwalniani z obowiązków, wyręczani we wszystkim. To się odbija na relacjach między kobietami, a nic tak mnie nie boli jak brak kobiecej solidarności. Tak wiele kobiet jest wobec siebie wrogo nastawionych – również w świecie literatury – przepychają się łokciami, robią sobie wzajemnie przykrości albo starają się być bardziej męskie od samych mężczyzn, żeby pokazać innym kobietom, kto tu rządzi. W tradycyjnych rodzinach bardzo często teściowa gnębi młodą żonę syna – poniża ją. Prawdopodobnie sama przechodziła przez to, kiedy była młoda, a mimo to robi to komuś innemu. Czy można przerwać jakoś tę falę przemocy? Mój bohater przechodzi przemianę – najpierw jest typowym macho, który całą rodzinę, włącznie ze swoją matką, rozstawia po kątach. Potem popełnia zbrodnię i trafia do więzienia. W wyniku tych doświadczeń staje się kimś zupełnie innym. To bardzo mocna historia. Przyglądam się w niej relacjom matka – syn i temu, jak jest skonstruowana męskość. Jak kobiety pomagają utrwalać stereotyp silnego faceta, bo wbrew temu, co się może wydawać, nie uważam, że mężczyźni mają łatwiej. Z jednej strony są noszeni na rękach, ale z drugiej – wkłada im się do głowy te wszystkie nakazy: ‘Nie płacz’, ‘Nie przynoś hańby swojemu ojcu’, ‘Nie pokazuj swojej słabości’. Męskość to bardzo ciasna kamizelka Mam synka i kiedy pisałam tę powieść, musiałam się mocno zastanowić nad tym, co ja robię – jak go wychowuję? Czy przypadkiem nie popełniam tych samych błędów, które krytykuję?

I do jakiego wniosku pani doszła?

Przynajmniej udaje mi się postrzegać moje dzieci jako osobne, niezależne byty. Mam świadomość, że nie są przedłużeniem mnie ani moją własnością, ani repliką. One mają swoje historie do opowiedzenia.

Elif Şafak

Kuchnia to kultura – rozmowa z Elif Safak

Elif Safak, jedna z najpopularniejszych pisarek tureckich młodego pokolenia, opowiada o wydanej właśnie w Polsce swojej głośnej powieści „Bękart ze Stambułu” i o stosunkach turecko-ormiańskich.


W Polsce właśnie ukazała się pani głośna powieść Bękart ze Stambułu. Dlaczego po jej publikacji wytoczono pani proces w Turcji? Jak zakończyła się ta sprawa?

Zanim do tego doszło, „Bękart ze Stambułu” stał się w Turcji bestsellerem. Ludzie czytali tę książkę, pisali o niej i dyskutowali. Młodzi ludzie bardzo ją polubili. Miałam fantastyczny odzew od większości tureckich czytelników, szczególnie od Turczynek. Od matek, babć, wnuczek… Kobiety są świetnymi czytelnikami i potrafią to okazać. Tak więc ogólne wrażenia odbioru tej powieści były według mnie bardzo pozytywne. Ale w 2005 r. grupa ultranacjonalistycznych prawników zaskarżyła książkę do sądu i stąd proces. Sąd oddalił zarzuty na pierwszej rozprawie.

Czyli tureccy pisarze nie mają problemów z wyrażaniem swoich poglądów?

Nikt nie zamyka nam ust. Moja powieść nie została poddana żadnej cenzurze. Pisałam ją swobodnie, została wydana bez problemów, ukazała się w tureckich księgarniach i sprzedała w setkach tysięcy egzemplarzy. Nie twierdzę, że turecka demokracja jest idealna, ale w zachodniej prasie jest czasem prezentowana w znacznie gorszym świetle niż na to zasługuje.

Jaki wpływ na życie pisarza ma wydanie książki niepoprawnej politycznie w jego ojczyźnie? Czy w pani przypadku miało to wpływ na dalszą twórczość?

Naturalnie wytoczenie pisarzowi procesu z powodu tego, co powiedziała jedna z fikcyjnych postaci w jego powieści, nie jest przyjemne. To było dla mnie przykre doświadczenie i mam nadzieję, że już się nie powtórzy. Jednak nie przywiązuję do niego zbyt dużej wagi. Zostawiłam je za sobą i poszłam do przodu. Napisałam kolejną książkę – „Black Milk”, która jest autobiograficzną opowieścią o macierzyństwie oraz byciu pisarką w społeczeństwie patriarchalnym. W ubiegłym roku skończyłam powieść „The Forty Rules of Love”, w której wiele miejsca poświęciłam sufizmowi oraz wybitnemu poecie i islamskiemu mistykowi Rumiemu. Każda kolejna książka jest dla mnie nową wyprawą. W każdej z nich piszę o czymś nowym i robię to z nową energią.

Przygotowując się do napisania „Bękarta ze Stambułu” spotykała się pani z tureckimi i ormiańskimi rodzinami w Turcji i USA. Jak Turczynka była przyjmowana w ormiańskich domach?

Także w trakcie pisania powieści obserwowałam rodziny Ormian i Turków w Ameryce. Porównywałam je i widziałam mnóstwo podobieństw. Ormiańskie i tureckie kobiety, szczególnie ze starszego pokolenia, bardzo wiele łączy. Podobnie kochają swoje dzieci, podobnie gotują, rozmawiają, haftują… Jest między nimi tak wiele wspólnego! Wolę koncentrować się na tym, co nas jednoczy niż tym, co od siebie oddziela.

Z kim łatwiej było rozmawiać: ze starszymi czy z młodszymi Ormianami?

Starsi Ormianie są bardzo uprzejmi i przyjaźni. Mówią po turecku, a w Turcji pozostawili swoich tureckich przyjaciół i sąsiadów. Ich wspomnienia są pełne emocji. Rozmowa ze starszymi zawsze jest łatwiejsza niż dyskusja z młodymi ludźmi. Młodzi Ormianie mieszkający w Ameryce widzą przeszłość w czarno-białych kolorach. To nie jest konstruktywne podejście. Nie mają tureckich przyjaciół i znajomych jak ich dziadkowie, więc prawdziwi Turcy w ich życiu praktycznie nie istnieją. Powstała prawdziwa przepaść, a jej skutkiem jest tworzenie się w umysłach schematycznych ocen bez oparcia w codziennym doświadczeniu.

Czy rozmowy na temat przeszłości obu narodów były trudne? Jak udawało się je pani pokonać?

Ponad 10 lat temu zaczęliśmy w Turcji dyskutować o sprawach, które wcześniej były pomijane milczeniem. Tureckie społeczeństwo obywatelskie jest bardzo różnorodne i dynamiczne. W naszej prasie ściera się wiele różnych światopoglądów, od lewicowych po konserwatywne. O niektórych problemach nie jest łatwo dyskutować, ale mimo to nadal się o nich rozmawia. Turcja to interesujący i skomplikowany kraj. Szybko się rozwija i jest młodym społeczeństwem.

Co pani zdaniem jest obecnie największą przeszkodą w kontaktach między Turkami a Ormianami? Czy widzi pani jakieś rozwiązania?

Największą przeszkodą we wzajemnych kontaktach są uprzedzenia. Niestety wielu Turków jest uprzedzonych do Ormian i sporo Ormian ma uprzedzenia wobec Turków. To rodzi ogromny dystans i strach. Musimy wybudować więcej kulturowych mostów pomiędzy naszymi społecznościami, pielęgnować przyjaźń i pokój. Nie pomogą nam w tym działania wojenne. Potrzebujemy spokoju, zbliżenia i pojednania.

W jakim stopniu wspólne zasiadanie przy stole pozwalało przełamać lody podczas kontaktów z Ormianami? Czy te spotkania były dla pani również okazją do zbierania przepisów kulinarnych? Czy kuchnie turecka i ormiańska są do siebie podobne?

Bardzo wiele łączy kuchnię turecką i ormiańską. Nie chodzi tylko o potrawy, ale także sposób bycia. Kuchnia to przecież kultura. Poznałam bardzo wiele przepisów kuchni ormiańskiej i byłam zachwycona, gdy odkryłam, jak bardzo są podobne do receptur kulinarnych stosowanych w Turcji. Gdyby dwie babcie – ormiańska i turecka – weszły razem do kuchni, mogłyby przyrządzać potrawy w idealnej harmonii. Gdy ludzie wspólnie zasiadają przy stole i zaczynają razem spożywać posiłek, gdy już podzielą się chlebem, zaczynają postrzegać siebie nawzajem jako osoby – odrębne ludzkie istnienia, czyli podmioty, a nie przedmioty. Dlatego wspólne dzielenie się chlebem jest takie ważne.

Jak pani sądzi, czy pani książka w jakiś sposób wpłynęła na rzeczywistość? Czy literatura może zmieniać rzeczywistość?

Jestem opowiadaczką historii. Uwielbiam tworzyć fabuły. Kiedy piszę powieść, nie zmieniam rzeczywistości, lecz zapraszam czytelników do marzeń. Marzenia są dla mnie bardziej prawdziwe niż „realny” świat. W swoich książkach tworzę postaci o różnym pochodzeniu, wyznawców różnych religie, przedstawicieli odmiennych narodowości i kultur… Wierzę w ogólnoludzką kulturę. W swojej twórczości dotykam jednocześnie spraw lokalnych i uniwersalnych. Podobno pisarstwo jest zawsze autobiograficzne, ale tylko częściowo się z tym zgadzam. Tworzenie beletrystyki nie jest przede wszystkim opowiadaniem innym ludziom własnej historii. Znacznie ciekawsze jest to, że literatura daje nam nieograniczone możliwości poznawania życia innych ludzi, podróżowania w czasie i przestrzeni, budowania empatii pomiędzy ludźmi, którzy bardzo się różnią. Sztuka opowiadania historii pomaga nam wcielić się w inną osobę i spojrzeć na świat jej oczami. Dlatego sztuka i literatura mają fantastyczne możliwości budowania porozumienia pomiędzy ludźmi. Cała sztuka temu służy…

Tekst pochodzi z strony: kliknij tu.