Archiwa tagu: Adam Czartoryski

ADAMPOL (POLONEZKÖY) – PRZYKŁAD PRZYJAŹNI POLSKO – TURECKIEJ

ADAMPOL (POLONEZKÖY) – PRZYKŁAD PRZYJAŹNI POLSKO – TURECKIEJ I POKOJOWEGO WSPÓŁISTNIENIA CHRZEŚCIJAN I MUZUŁMANÓW.
Anna Starowicz
ADAMPOL (POLONEZKÖY) – PRZYKŁAD PRZYJAŹNI POLSKO – TURECKIEJ
I POKOJOWEGO WSPÓŁISTNIENIA CHRZEŚCIJAN I MUZUŁMANÓW
„Najostrzejsze, najpoważniejsze i najgroźniejsze konflikty nie będą się toczyć
już pomiędzy klasami społecznymi, biednymi i bogatymi czy innymi grupami
zdefiniowanymi w kategoriach ekonomicznych, ale między ludami należącymi do różnych kręgów kulturowych. W ramach poszczególnych cywilizacji będą wybuchały konflikty plemienne i etniczne. Najniebezpieczniejsze będą konflikty kulturowe na liniach granicznych między cywilizacjami”1 – taką teorię przedstawił amerykański politolog Samuel Huntington w połowie lat 90. XX w. Od tego czasu wizja „zderzenia cywilizacji” wywołuje dyskusje wśród naukowców, politologów i światowych przywódców. Huntington uważa, że najważniejsze różnice między narodami nie mają charakteru ideologicznego, politycznego czy ekonomicznego, lecz kulturowy. To kultura i tożsamość kulturowa, będąca w szerokim pojęciu tożsamością cywilizacji, kształtują wzorce spójności, dezintegracji i konfliktu na świecie, jaki nastał po zimnej wojnie2. Ludy i narody próbują udzielić odpowiedzi na najbardziej podstawowe z pytań, jakie stoją przed ludźmi: kim jesteśmy? I odpowiadają na nie w sposób tradycyjny, odwołując się do tego, co najwięcej dla nich znaczy. Określają się w kategoriach pochodzenia, języka, religii, historii, wartości, obyczajów i instytucji.
Identyfikują się z grupami kulturowymi: plemionami, grupami etnicznymi,
wspólnotami religijnymi, narodami a także, w najszerszym wymiarze,
z cywilizacjami3. Czy teoria ta sprawdza się w dzisiejszym świecie? Po atakach z 11 września odżył z nową mocą spór wokół tej koncepcji. Przeciwników „zderzenia cywilizacji” jest zapewne nie mniej niż zwolenników, przy czy obydwie strony dysponują pokaźnym zestawem argumentów broniących swego stanowiska. Jednak faktem jest, że przez świat przetacza się fala przemocy. Szczególnie groźne wydają się konflikty pomiędzy światem islamu a światem Zachodu, reprezentującym kulturę i wartości chrześcijańskie.
Chciałabym przedstawić tu przykład, w którym teoria Huntingtona nie
sprawdza się. Przykład współistnienia katolików i muzułmanów zamieszkujących
niewielką polską osadę – Adampol, położoną w Turcji. Ta niezwykła wieś znajduje się po azjatyckiej stronie Bosforu, około 30 km od Istambułu, obecnie zwana jest
Polonezköy. Adampol – Polonezköy jest fenomenem historyczno – kulturowym na skalę światową już od 160 lat, stanowi symbol polsko – tureckiej przyjaźni. Jednak jak pokazuje historia, naród turecki i polski nie zawsze żył w przyjaźni.
Przeciętnemu Polakowi Turcja jawi się jako kraj orientalny, rodzący figi, pełen
barwnych bazarów i kobiet zamieszkujących haremy, ale także wszyscy pamiętają Wiedeń i zwycięstwo Jana III Sobieskiego, pogromcę armii tureckiej i obrońcę chrześcijańskiej Europy. Oba państwa, Polska i Turcja, przez długi czas ze sobą sąsiadowały i ich dobrosąsiedzkie stosunki, wyrażające się głównie w wymianie dóbr ku obopólnemu pożytkowi, trwały znacznie dłużej niż lata zbrojnych konfliktów. Mimo przynależności do całkowicie odmiennej formacji kulturowej, religijnej i etnicznej, Polska w pewnej mierze akceptowała artystyczny dorobek Turcji, a nawet ulegała fascynacji wieloma osiągnięciami tureckimi. Niestety, wiek XVII był okresem groźnych starć wojennych pomiędzy Turcją Osmańską a Rzeczpospolitą. W istocie jednym z głównych powodów były zadawnione sprawy kozacko – tatarskie. Tatarzy,
lennicy sułtana, nieustannie najeżdżali ziemie polskie dla grabieży, podczas gdy
Kozacy, będący poddanymi Rzeczypospolitej, urządzali wyprawy odwetowe.
W okresie potopu szwedzkiego Turcja opowiedziała się po stronie polskiej i na rozkaz sułtana Mehmeda IV przybył do Polski posiłkowy korpus tatarski. Ale już w latach 70. XVII stulecia znów wybuchła wojna, jak zwykle, spowodowana sporem o Ukrainę i Kozaków. W roku 1672 Turcy oblegali i zdobyli najpotężniejszą twierdzę kresową Rzeczpospolitej – Kamieniec Podolski, czyniąc Polskę wasalem sułtana. Dopiero zwycięstwo Jana III Sobieskiego pod Wiedniem w 1683 roku zatrzymało podboje tureckie na zachodzie.
W XVIII wieku, szczególnie w jego drugiej połowie, doszło do znacznego
zbliżenia Turcji Osmańskiej i Rzeczpospolitej. W końcu zrozumiano nad Bosforem, że głównym wrogiem nie jest Polska, lecz Rosja, prowadząca politykę imperialistyczną, dążąca do pognębienia swych sąsiadów. Niestety Turcja była już wtedy zbyt słaba, aby decydować o wygranej. Turcja była jedynym państwem, które nie uznało rozbiorów Polski.
W XIX w. Stambuł stał się jednym z głównych skupisk polskich emigrantów
politycznych. Turcja życzliwie przyjmowała tych ludzi, tym bardziej, że niektórzy utalentowani w różnych kierunkach, naprawdę lub choćby formalnie, przyjmowali islam oraz imiona tureckie i wstępowali w służbę sułtańską, obejmując odpowiedzialne stanowiska. Stosunki polsko – tureckie nabrały nowego wyrazu po roku 1945, uzyskując przede wszystkim gospodarczy i naukowy charakter. Odnowiono wymianę handlową pomiędzy oboma krajami, ściśle poprzez instytucje państwowe ze strony Polski oraz wielkie korporacje i koncerny ze strony tureckiej.
W latach 80. stosunki polsko – tureckie przybrały specyficzną postać. W związku
z kryzysem ekonomicznym w Polsce, a jednoczesnym ułatwieniem wyjazdów
zagranicznych, rozwinął się ożywiony handel prywatny pomiędzy Polską a Turcją.
Przełom polityczny i gospodarczy, jaki nastąpił w Polsce w 1989 r., spowodował
nowe zmiany. Na rynku polskim pojawiła się wyraźna poprawa podaży, wydatnie
zmniejszył się lub wyraźnie zamarł prywatny handel zagraniczny, obroty z Turcją, wciąż rosnące, przejęte zostały przez koncesjonowane spółki i agencje, zarówno państwowe, jak i prywatne. Po tych wydarzeniach rozwinął się za to ruch turystyczny. Polacy z radością podróżują do Turcji, przyjmując objawy życzliwości i przyjaźni tureckiej i sami wyrażają sympatię do tego kraju, z którym tak wiele wiązało ich w przeszłości. Do dziś w Turcji panuje stereotyp Polaka jako przedstawiciela narodu walecznego i prawego, Turcy pamiętają Wiedeń, znają też historię „Solidarności”; mają do Polaków stosunek ciepły i życzliwy.
Tak w dużym skrócie wyglądała wspólna, polsko – turecka historia. Odegrała
ona znaczną rolę w dziejach Adampola. Powstanie Adampola nastąpiło
w sprzyjającym politycznie okresie – Polska była pod zaborami, ale miała w Turcji wielkiego sojusznika. W roku 1841 książę Adam Czartoryski założył w Stambule Agencję Polską o nastawieniu antyrosyjskim, której kierownictwo powierzył pisarzowi i oficerowi Michałowi Czajkowskiemu. W tym czasie po całym Oriencie błąkali się Polacy – emigranci, zbiedzy polityczni, byli jeńcy wojenni i żołnierze. Powstał pomysł założenia dla nich jakiegoś schronienia w którym mogliby żyć i doczekać niepodległej ojczyzny. Adampol w założeniu twórców spełniać miał rolę takiego właśnie azylu politycznego i religijnego dla znajdujących się w Turcji w krytycznej sytuacji Polaków oraz bazy do politycznej działalności na Wschodzie. Wieś powstała 3 marca 1842
roku na ziemiach wydzierżawionych od zakonu lazarystów.

Nazwę „Adampol” nadano osadzie na cześć jej założyciela – księcia Adama Czartoryskiego. Osada gwarantowała bezpieczeństwo jej mieszkańcom wobec „nieprzyjaciół państwa polskiego”. Do czasu gdy książę Czartoryski mieszkał w Paryżu, osadnicy objęci byli opieką Francji, gdzie znaleźli ochronę. Otrzymali stamtąd również certyfikaty tożsamości, które umożliwiały im swobodne przekraczanie granic Imperium Osmańskiego. Była to niewątpliwa korzyść dla mieszkańców, która dawała im pewien  rodzaj legalnego statusu prawnego.
Początkowo w Adampolu zamieszkiwało 12 osadników – byli to głównie
żołnierze, którzy uciekli z rosyjskiej armii, do której zostali przymusowo wcieleni.
Życie w Adampolu nie było łatwe – na mieszkańców czekała ciężka fizyczna praca
przy karczowaniu lasu, budowaniu domów i uprawianiu roli. Nie wszyscy wytrwali w tak trudnych warunkach, jedni wyjeżdżali, inni przyjeżdżali. Aby zamieszkać w osadzie należało jednak spełnić następujące warunki: należało być polskim lub przynajmniej słowiańskim katolikiem i uzyskać rekomendacje od kogoś znanego i poważanego. Przez długi czas swego istnienia Adampol był więc taką oazą do której nikt obcy nie miał dostępu. Dodatkowo zapis ustanawiający przyszłość wsi mówił o dziedziczeniu kolonii przez Czartoryskiego i jego spadkobierców, co miało zapewnić trwałość istnienia. Mieszkańcy początkowo nie zostali zaopatrzeni w tytuły własności, aby zapobiec wyprzedaży ziemi przypadkowym osobom, ograniczało to też napływ nowych ludzi.
Turecki rząd i społeczeństwo było przez cały ten czas przychylnie nastawione
do Polaków. Mając z Turkami za wspólnego wroga cara Rosji, Polacy zyskali jeszcze większą sympatię po powstaniach listopadowym i styczniowym. Nawiązała się mocna więź pomiędzy istniejącym w Turcji ruchem Młodych Turków a polskimi emigrantami.

W dokumencie założycielskim organizacji datowanym na 30 sierpnia 1867 roku i
podpisanym przez Mustafę Fazil Pasha (przewodniczącego Związku Młodych Turków) oraz Namika Kemala (członka zarządu) znajdujemy nazwisko Polaka, Władysława Platera, wice – przewodniczącego Związku.
Po upadku powstania węgierskiego w 1848 roku, do wioski zaczęło napływać
wielu nowych osadników w poszukiwaniu schronienia z dala od życia politycznego.
Równie ważnym epizodem w rozwoju wsi było zakończenie wojny krymskiej. Pokój oznaczał kres istnienia powołanej w okresie wojny dywizji polskiej walczącej pod dowództwem Władysława Zamoyskiego. Wielu z tych Polaków pozostało w Turcji i osiadło w Adampolu. Od tej pory rozwój wsi stawał się coraz bardziej widoczny.
2 listopada 1856 r. wieś zamieszkiwało 25 osób, w dwadzieścia trzy lata później
miała już 121 mieszkańców. Przy końcu dziewiętnastego wieku ludność Adampola liczyła niespełna 200 osób. Na tym też poziomie utrzymywała się liczba mieszkańców tej sławnej wsi do lat sześćdziesiątych dwudziestego wieku8.
Życie codzienne w Adampolu upływało na pracy, mieszkańcy zajmowali się
głównie uprawą roli, hodowlą, myślistwem a w późniejszym okresie także handlem.
Nie brakowało jednak rozrywek – we wsi działała kilkunastoosobowa kapela
muzyczna a mieszkańcy wykorzystywali każdą nadarzającą się okazję, żeby się
zabawić. Kilkunastu mężczyzn potrafiło zagrać przynajmniej na jednym instrumencie. Muzykowali starsi i młodzi. W skład każdego zespołu wchodziły skrzypce, harmonia, akordeon, flet i mandolina. W czasie zabaw tańczono do upadłego. Głównie polskie tańce: poloneza, krakowiaki, oberki, polki, a także tanga i walce. Każda zabawa w Adampolu kończyła się odśpiewaniem polskiego hymnu narodowego – „Jeszcze Polska nie zginęła póki my żyjemy”.
Imprezy z reguły nie odbywały się bez alkoholu. Wódkę kupowano w Beykoz
albo robiono ze spirytusu. Przez długi czas nieźle prosperowała karczma, ale
stanowiła zbyt dużą pokusę dla wielu i została w końcu zlikwidowana.
Tradycja wiejska przekazuje wiadomości o jeszcze innych formach rekreacji.
Organizowano wyścigi konne, biegi i inne zawody sportowe. Zimą odgrywano
popularne „fanty” i „przepióreczkę”, a mężczyznom niezastąpionej rozrywki
dostarczały karty. W lecie żałowano czasu na hulanki, czy karciane uciechy. Wielu zwolenników miały wycieczki, np. na Alemdağ, wzgórze oddalone od wsi kilkadziesiąt minut drogi, z którego można dojrzeć dwa morza: Czarne i Marmara, oraz wypady nad pobliską rzeczkę Rivę, w której łowiono węgorze, sumy i szczupaki. Popularne były także majówki – grupowe wyjazdy do miasta na piwo czy nad morze do Şile. W wyprawach takich zawsze brała udział spora część mieszkańców. Urządzano też pieczenie barana. Gdy zaś we wsi kończono młóckę, tzw. harmany, urządzano wspólną wycieczkę nad rzekę Rivę. Starsi jechali na przystrojonych zielenią wozach, a młodzież obojga płci na pięknie przybranych wstążkami koniach. Wszystkim wyjazdom towarzyszył chóralny śpiew. Pieczołowicie przekazywano z pokolenia na pokolenie polskie piosenki. Mieszkańcy śpiewali dużo i chętnie, wszyscy, młodzi i starzy, niezależnie od płci. Wysoko ceniono dobry głos i znajomość wielu melodii.
Odrębność wsi wzmacniały także kultywowane dawne zwyczaje nie znane
w obyczajowości sąsiadów. Dom dla każdej rodziny to sprawa największej wagi, toteż moment podjęcia budowy był uroczysty. Pod przyszłe węgły zakopywano pieniądze, najczęściej miedziane, nieraz monetę srebrną czy nawet złotą. Zabijano przy tej okazji koguta, którego krew przeznaczano na ofiarę, a mięso na poczęstunek. Gdy stawiano już krokwie, majster wieszał chorągiew – odpowiednik polskiej wiechy.
Zobowiązywało to gospodarza do ugoszczenia pracujących lub dania im pieniędzy. Ukończenie budowy stwarzało dobrą okazje spotkania w szerszym gronie. Każdy przychodził z prezentem, a gospodarz dawał poczęstunek. Kultywowano polskie obyczaje religijne i świeckie, i mimo, że życie we wsi było pełne ciężkiej pracy, było również ciekawe poprzez bogatą tradycję zabaw i obrzędów. Ten, zaakceptowany przez większość model życia był elementem spajającym społeczność i hamującym przez długi czas emigrację oraz wzmacniającym poczucie solidarności mieszkańców.
Z kolei poczucie tożsamości narodowej określała religia.
Jedna cecha różniła znacznie adampolan od mieszkańców jakiejkolwiek
polskiej wsi. Mieli oni przeważnie, począwszy od drugiego pokolenia, jakieś
wykształcenie. Życie w kraju, będącym zlepkiem wielu kultur i narodów, zmuszało do nauki języków. Wszyscy znali co najmniej dwa, polski i turecki, a większość dodatkowo jeszcze ormiański lub grecki, nierzadko też francuski czy niemiecki.

Wiedza adampolan o otaczającym świecie była także charakterystyczna dla polskiego substratu kulturowego, chociaż zaobserwować tu można turecką terminologię niektórych pojęć.
Po upadku powstania styczniowego do Turcji przybyła nowa fala uchodźców.
Młodzi i wykształceni, odegrali znaczącą rolę w swojej nowej ojczyźnie. Turecki rząd zagwarantował przybyszom udział w państwowych zadaniach: polscy inżynierzy i budowniczy kolei Warszawa – Wiedeń zostali zatrudnieni przy budowie pierwszej linii kolejowej na Bałkanach i zbudowali pierwsze prawdziwe drogi i mosty w Azji.
Adampol wszedł w okres wielkiego rozkwitu z ponad setką polskich rodzin tam
żyjących – to już było drugie pokolenie Polaków – obywateli tureckich.
Ponowne pojawienie się państwa polskiego w roku 1918 miało duży wpływ na
zachowanie i rozwój świadomości narodowej przez Adampolan.

Długo oczekiwana niepodległość Polski stała się faktem i część mieszkańców wsi była za powrotem do ziemi ich ojców. Jednakże to było bardziej wyrażanie swoich emocji i uczuć do Polski niż prawdziwe pragnienie powrotu. Większość tych, którzy popierali ten pomysł, nigdy wcześniej nie widziała Polski. Niemniej jednak to przywiązanie do kraju swych ojców przetrwało aż do dnia dzisiejszego i wyraża się w podziwie do Polski, której nie znano, które jest ciągle zakorzenione w ich etnicznej i kulturowej świadomości.
Bardziej namacalnym skutkiem odzyskania niepodległości przez Polskę było
otrzymanie przez adampolan w maju 1919 roku dokumentów stwierdzających ich polskie obywatelstwo.
29 października 1923 roku proklamowana została Republika Turecka. W tym
samym roku podpisano również traktat ustanawiający przyjaźń między Turcją
i Polską. Traktat ten gwarantował bezpieczeństwo polskiej wsi. Jako dowód uznania zapobiegliwości polskich osadników i przyjaźni dla Polaków, prezydent Republiki Tureckiej Kemal Atatürk przybył do polskiej wsi. Zainteresowany był życiem mniejszości narodowej, która nigdy nie zagrażała i nie mogła zagrozić
bezpieczeństwu wewnętrznemu Turcji. Spędził prawie cały dzień z mieszkańcami; powitany został zgodnie z tradycją słowiańską – chlebem i solą, a przed rezydencją burmistrza, pośród drzew zjadł śniadanie z całą wsią, dyskutując o problemach rolniczych.

Burzliwy wzrost przemysłu w Republice Tureckiej zapoczątkowany w latach
1950 – 1960 wywołało jeszcze większą integrację ekonomiczną polskiej wioski
z krajem, w którym powstała. Sytuacja ta wywołała zmianę charakteru wsi; nastąpiła transformacja z osady rolniczej do atrakcji turystycznej. Z powodu swej inności stała się miejscem zainteresowania wszystkich, a szczególnie chętnie odwiedzana przez mieszkańców Stambułu.
Polonezköy bardzo zmienił się w ostatnich latach. Wpływ na to miały przede
wszystkim otwarcie w 1960 roku drogi przejazdowej dla pojazdów samochodowych, łączącej wieś z miasteczkiem Beykoz, co również znacznie ułatwiło otwarcie się wsi na świat i masowy napływ turystów. Dodatkowo możliwość sprzedawania ziemi spowodowała wyjazd wielu mieszkańców, głównie do Australii i RFN. Procesy asymilacji przyspieszyła elektryfikacja wsi od 1973 roku, a co za tym idzie wprowadzenie telewizji, która niosła ze sobą nowe treści. Wieś stawała się coraz bardziej otwarta i popularna. Nic więc dziwnego, że ceny ziemi gwałtownie wzrosły, tak, że stać na nią było jedynie najbogatszych.

Do Polonezköy napływali nowi mieszkańcy – turecka elita finansowa, która zbudowała sobie „dacze” na przedmieściach Stambułu.
Rozwój hoteli i gospodarki nastawionej na obsługę turystów, wywołał popyt na
najemną siłę roboczą. Spowodowało to zwiększenie się w Adampolu liczby tureckich robotników. W 1990 było ich ok. 160, prawie trzy razy więcej niż adampolan.
Obecnie wieś zamieszkuje ok. 250 ludzi, w tym prawie 90 Polaków. Pomimo,
że Polacy stanowią mniejszość, na wójta wybiera się tradycyjnie Polaka. Język polski jest wciąż żywy w tej polskiej osadzie, mimo, że mieszkańcy między sobą rozmawiają częściej po turecku. Dzieci uczą się mowy swych przodków od dziadków a później w szkole. Ogólnie adampolan można podzielić na trzy grupy językowe: ! Do pierwszej zaliczają się ci, których młodość przypadła na czasy
sprzed 1960 roku, kiedy we wsi kwitła jeszcze kultura polska.
Pierwszym ich językiem był polski, tureckiego uczyli się w szkole oraz
poza Adampolem. Większość adampolan z tej grupy nie tylko biegle
mówi po polsku, ale także jest w stanie czytać a nawet pisać po polsku.
! Druga grupę stanowią urodzenie po II wojnie światowej a przed 1975
rokiem. Większość z nich mówiła w domu wyłącznie po polsku, ale
miała już dużo więcej okazji do nauki języka tureckiego w samym
Adampolu. Język ten teraz znają lepiej niż mowę ojców. Ze starszymi
rozmawiają jeszcze po polsku, ale miedzy sobą używają tureckiego.
! Trzecia grupę tworzą najmłodsi, urodzeni po 1975 roku. Wychowali się
oni już w jakościowo innej wsi. Od dzieciństwa spotykali się z językiem
tureckim i ten jest dla nich językiem podstawowym.
Język był jedną z głównych przyczyn przetrwania polskiego charakteru wsi. Ale
nie tylko język odegrał tu dużą rolę – większe znaczenie miała religia, która zawsze
stanowiła czynnik utrwalający odrębność a zarazem polskość adampolan. Katolicyzm mieszkańców wsi wyraźnie odróżniał ich od sąsiadów, zarówno prawosławnych Greków, jak i muzułmańskich Turków. Nawet małżeństwa z muzułmanami nie powodowały przekreślenia tradycji dziadów i pradziadów. W Adampolu zawsze ogromną wagę przywiązywano do patriotyzmu i utrzymania tradycyjnej kultury wiejskiej. Daleka, nieznana Polska przez ponad sto lat obok religii i języka była wyróżnikiem odrębności grupowej adampolan. Przekazywanie i zachowywanie wszystkiego, co zostało przyniesione przez dziadów, było nakazem moralnym mieszkańców wsi. Było to podstawowe przykazanie każdego adampolanina. Także nazwiska występujące w Polonezköy mają typowo polskie korzenie: Biskupski, Dochoda, Kempka, Minakowski, Kitler, Nowicki, Ochocki, Ryży, Wilkoszewski, Ziółkowski to tylko przykłady niektórych, najczęściej występujących.
W ostatnich latach na życiu Adampolan spore piętno wywarła przedstawicielka
rodu Ryżych – Zofia. Została rekordzistką, jeśli chodzi o wyjazdy do Polski.
Odwiedziła ją kilkanaście razy. Pierwszy raz jako młoda dziewczyna wyjechała na
zjazd Polonii w 1929 roku. Powszechnie ceniona i kochana, nazywana była „ciocią
Zosią”. Była w Polsce osobą dość znaną dzięki licznym wywiadom i publikacjom
prasowym. Swoje przywiązanie do Polski wyrażała słowami: „My jesteśmy w dziwnej sytuacji. Ojczyzna naszych dalszych ojców znajduje się nad Wisłą, ale ojczyzną naszych bliższych ojców jest Adampol nad Bosforem. Może źle powiedziałam; ojczyzną naszą jest Polska a Adampol to Polska z jej tradycjami na ziemi tureckiej”.
Wytrwała kontynuatorka dzieła ojca w zakresie krzewienia polskości w Adampolu, do końca nie mogła się pogodzić, że dawna, tętniąca życiem i młodością polska wieś  zamienia się w tłoczną osadę turystyczną. Miała za złe tym, co stąd wyjeżdżali. Jej śmierć wywołała powszechny żal. Kilka lat później w domu Ryżych, który przez długi czas był ogniskiem życia społecznego i kulturalnego, otwarto muzeum zawierające pamiątki dotyczące dziejów wsi. Obecnie trwają w nim prace renowacyjne, ale zaplanowano ponowne otwarcie „Domku Cioci Zosi” na 15. maja 2003 roku.
Mimo, że obecnie nie ma już w Polonezköy hucznych wesel, karnawałów
i majówek a młodzież nie płata figli jak dawniej, to wieś wciąż może się poszczycić
swoimi odmiennymi zwyczajami. Typowo adampolskim świętem, obchodzonym
wspólnie przez Polaków jak i Turków, jest Święto Czereśni. Data jest ruchoma
i przypada na letnie miesiące roku. W tym dniu do wsi zjeżdża się mnóstwo turystów i gości zagranicznych. Z Polski zaprasza się zazwyczaj zespół ludowy (w ubiegłym roku był to studencki Zespół Pieśni i Tańca Krakus z Krakowa), na stoiskach Cepelii można zakupić polskie wyroby rzemiosła artystycznego, są organizowane koncerty i zabawy.
Obecnie wieś utrzymuje stałe kontakty z Polską (przez okres wojny i lat
powojennych kontaktów tych nie było). Do Adampola – Polonezköy co roku
w wakacje przyjeżdżają pedagodzy z Politechniki Gdańskiej, na Święto Czereśni
zaprasza się polskie zespoły ludowe, przyjeżdżają też turyści indywidualni. Także
władze naszego kraju złożyły wizyty adampolanom – Lech Wałęsa w 1994 (przywiózł mieszkańcom polskie paszporty) i 13 czerwca 1996 roku, zaś Aleksander Kwaśniewski 19 czerwca 2000 roku. Również wielu ministrów i innych polskich polityków odwiedziło wioskę przy okazji swych wizyt w Turcji. W ubiegłym roku adampolanie otrzymali wspaniały fortepian od polskiego Senatu i Ministerstwa Kultury. Wieś utrzymuje także kontakty z Polskim Konsulatem w Stambule; dziwi natomiast fakt, że w Konsulacie nie prowadzona jest żadna dokumentacja dotycząca osady, jedynym śladem Adampola była książka Jerzego Łątki wydana w 1992 roku w języku tureckim.
W historii wsi dostrzec można kilka okresów. W dużym uproszczeniu dzieje
Adampola przedstawia się następująco:
Lata 1842 – 1856 – okres niestałego osadnictwa. Wieś pełniła rolę głównie
„schroniska”, bazy działalności konspiracyjnej przeciwko Rosji i Austrii.
Lata 1856 – koniec XIX wieku – pierwsza generacja osadników. Adampol był
dla nich namiastką rodzinnego kraju. Pobyt na obczyźnie traktowali jako zło
konieczne. Brak perspektyw skłaniał do topienia żalu w alkoholu. Wieś w tym czasie słynęła nie tylko z patriotycznej postawy, ale też z brudu i warcholstwa, które doprowadziło do zrzeczenia się opieki konsulatu francuskiego nad Adampolem i cofnięcia mieszkańcom wsi francuskiego obywatelstwa.
Trzeci okres w rozwoju osady (koniec XIX wieku – 1960) jest okresem
największej prosperity wsi. Dla ludzi tam urodzonych Adampol był w tym czasie
oderwanym „kęsem Ojczyzny”, skrawkiem polskiej ziemi.
Ostatni okres, po roku 1960, który trwa do dziś, to najpierw agonia Adampola,
„tureckiego Soplicowa”, a następnie powolne przekształcenie wsi na miejscowość
turystyczną, w której ważniejsze staje się zadowolenie odwiedzających gości niż
utrzymywanie polskiego charakteru wsi w niezmiennej formie. Mieszkańcy Adampola świadomi są swojego polskiego dziedzictwa, ale są oni tak przywiązani to swojej ojczyzny w Turcji i do swojego codziennego życia tam, tak że Polska stała się dla nich pewnym symbolem, czy legendą.
Teoria Huntingtona o walce cywilizacji i niemożności współistnienia między
przedstawicielami różnych kultur nie sprawdza się w 160-letniej historii Adampola.
Zamieszkiwanie na terenie jednego państwa muzułmanów i chrześcijan nie
spowodowało nigdy „zderzenia cywilizacji”.
Polacy żyjący w Polonezköy są i zawsze byli katolikami, dla nich pojęcie ‘Polak’
równoznaczne było z pojęciem ‘katolik’. Nawet w najtrudniejszych okresach istnienia wsi, związanych z nieuchronną asymilacją z otoczeniem, mieszkańcy nie utracili wiary. Była ona zawsze podstawą ich samookreślenia, dzięki niej czuli się Polakami.
Kiedy pierwsi osiedleńcy zawitali do Adampola, nie posiadali niczego oprócz dumy, miłości do Ojczyzny i religii. Przez 160 lat wiara ta była pielęgnowana – każdy mieszkaniec był praktykującym katolikiem, życie wioski regulował kalendarz chrześcijański, mieli pełną możliwość swobodnego kontynuowania praktyk religijnych.
Nigdy nikt obcy niczego im nie narzucał. Dodatkowym faktem sprzyjającym
rozwojowi religii katolickiej w państwie islamskim była izolacja wsi od całego świata, społeczność muzułmańska zżyta była z ummą i nie ingerowała w życie Polaków, a także sprzyjająca sytuacja polityczna. Polsko – tureckie stosunki układały się pomyślnie, Adampolanami opiekowała się również Francja a ich sytuację prawną zabezpieczały dodatkowo przepisy dotyczące innowierców zapisane w Koranie i sunnie. „Islam zawiera ideę współżycia pomiędzy swoimi wyznawcami a innowiercami w krajach muzułmańskich, pod warunkiem, że muzułmanie będą przestrzegać istoty tego współżycia. [...] Islam zezwala niemuzułmanom na przybywanie do krajów muzułmańskich, chroni ich życie, własność i godność osobistą, zapewnia im ochronę sądową i religijną we wszystkim, co nie przejawia złej woli, a jeśli chodzi o niemuzułmanów należących do „Ludu Księgi” (Chrześcijanie i Żydzi), to islam gwarantuje im: wykonywanie praktyk religijnych, przestrzeganie nieagresji wobec nich, nieingerowanie w to co dla nich jest dozwolone albo zakazane, respektowanie praw niemuzułmanów w takich sprawach jak małżeństwo, rozwód i dziedziczenie. [...] Prawo islamu nakłada kary na każdego, kto by dokonał zamachu przeciwko życiu, własności lub godności niemuzułmanów (nawet jeśli ta osoba byłaby muzułmaninem), zapewniając im przez to bezpieczeństwo w krajach muzułmańskich”.
Adampolanie nigdy nie zagrażali swoim sposobem życia Turkom. Z pewnością
na ich postawy jakiś wpływ miała nauka chrześcijańska, mówiąca o szacunku dla
władzy państwowej, tolerancji i odrzucaniu przemocy. Od tureckiego rządu dowodów sympatii i uznania Adampol doświadczał wielokrotnie (odmowa ekstradycji polskich uchodźców politycznych, odezwa rządu tureckiego do poddanych zachęcająca do nadawania wolności polskim niewolnikom, zwolnienie z podatków Polaków służących w armii tureckiej), zdarzały się jednak również sytuacje, kiedy to turecki rząd utrudniał Polakom założenie i utrzymanie polskiej szkoły czy zamieszkanie we wsi polskiego księdza. Do dziś zresztą w całej Turcji obowiązuje zakaz stawiania nowych kościołów katolickich.
Z kolei druga strona ewentualnego konfliktu – społeczeństwo tureckie – nigdy
nie wykazywała wrogiego stosunku do Polaków zamieszkujących Adampol. Turcja za czasów Imperium Osmańskiego była państwem islamskim w którym całe życie Konferencja prawa koranicznego – dokument określający prawa niemuzułmanów w krajach muzułmańskich, społeczne i polityczne regulowało prawo szariatu. Szanowano wtedy prawa wyznawców innych religii do samostanowienia, jak nakazywał Koran. Poza tym, w okolicach dużej metropolii jaką jest Stambuł, nigdy nie istniały grupy fanatyków islamskich. Zamieszkiwali oni z reguły wschodnie i południowe obszary kraju.
Odkąd Kemal Atatürk jawnie odrzucił islamskie koncepcje społeczeństwa
i polityki i podjął próbę stworzenia świeckiego i demokratycznego państwa, Turcja postawiła sobie za cel dorównanie Zachodowi, szczególnie w przestrzeganiu reguł demokracji, poszanowaniu praw człowieka, świeckości urzędów. Oficjalnie Turcja zabrania dyskryminowania wyznawców jakichkolwiek religii, stała się państwem świeckim z łagodną odmianą islamu13, dążącym do uzyskania członkostwa w Unii Europejskiej, zwanej czasami „Klubem Chrześcijan”. Jednakże wyznający chrześcijaństwo Ormianie zostali wypędzeni z Turcji na początku XX wieku. Dlaczego do tego doszło? Dlaczego wtedy nie wygnano również Polaków? Czy może powodem była ich niewielka liczba, nie zagrażająca w niczym tureckim interesom, może przyjaźnie na szczeblach rządowych lub prywatnych?
Pretekstem do wygnania Ormian, była niewątpliwie odmienna religia, która już od wieków była przyczyną prześladowań tego narodu a ich duża liczba zamieszkująca Turcję dodatkowo potęgowała niechęć; ale o dokonaniu rzezi zaważyła kwestia polityczna – Turcja brała odwet na Ormianach, którzy udzielali pomocy Rosji w trakcie turecko – rosyjskich działań wojennych. To, co okazało się zgubne dla Ormian, było z drugiej strony zbawienne dla Polaków – od XVIII wieku Rosja była wspólnym wrogiem zarówno Turcji jak i Polski. A wiadomo, że najlepiej łączy wspólne zagrożenie. I może to jest najważniejszy powód trwałej przyjaźni między dwoma tak różnymi krajami. Patrząc z rosyjskiej perspektywy, zarówno Turcja jak i Polska to kraje zbyt duże, żeby je zignorować, oba blokują Rosji dostęp: Polska do Europy a Turcja do basenu Morza Śródziemnego, oba też kwestionują władzę Rosji nad bliskimi im ziemiami. Polska wmawia dążenia separatystyczne Litwinom, Białorusinom i Ukraińcom; Turcja analogicznie demoralizuje narody kaukaskie:
Gruzinów, Ormian i Azerów. Tak było w XVIII, XIX i XX w. Czas pokaże, jak będzie w XXI w. Religijność obecnych mieszkańców Adampola, zarówno Polaków jak i Turków, ma korzenie historyczne. Wyznawcy islamu i chrześcijanie różnią się w poglądach na wiele spraw, ale współdziałają w innych dziedzinach. Łączą ich wspólne interesy –dzięki turystyce zarabiają na życie, ale jej rozwój wymaga współpracy wszystkich mieszkańców w celu modernizacji wsi, podejmowania wspólnych inicjatyw promocyjnych i innych. W przypadku ekonomii nie są ważne poglądy religijne.
W małym Adampolu wszyscy mieszkańcy się znają i akceptują, są przyjaciółmi,
sąsiadami, wyznawana religia nie ma znaczenia. Poza tym Adamopolanie przez lata nauczyli się większej tolerancji, bowiem zawsze otoczeni byli przedstawicielami innych narodowości i wyznań (prawosławni Grecy i Ormianie, muzułmańscy Turcy i Kurdowie). Tożsamość w kraju muzułmańskim określają przez pryzmat religii – są Polakami, bo nie pasowaliby na Turków ze swoim chrześcijaństwem.
Tak więc stwierdzenie Huntingtona, że „ludzie i kraje o podobnych kulturach
lgną do siebie, ludy i kraje o kulturach odmiennych oddalają się” nie znajduje
potwierdzenia w osadzie polskiej; co więcej, przykład Adampola może posłużyć do udowodnienia, że mimo odmiennych kultur ludzie potrafią współdziałać dla
wspólnego dobra. Czy możliwe zatem jest, że teoria Hutingtona straciłaby prawo
istnienia, gdyby przedstawiciele różnych cywilizacji odnaleźli wspólne cele
ekonomiczne? Przestali określać swoją tożsamość na zasadzie tego co ich różni, ale podkreślali to, co ich łączy. Z drugiej strony, najłatwiej określić kim się jest, gdy uświadomi się sobie, kim się nie jest, a wielkie religie dostarczają ludziom poczucia tożsamości i kierunku w życiu. Rozwiązaniem wydaje się być znajdowanie wspólnych interesów, które mogą łączyć a jednocześnie pozwalają zachować tożsamość. Podstawą podjęcia takich działań jest dobra wola jak również odrobina tolerancji i zrozumienia. Najlepsze byłoby działanie na najniższych szczeblach –opierające się na współpracy miast i regionów. Współpraca taka powinna być w jak najmniejszym stopniu regulowana założeniami i decyzjami politycznymi, przede wszystkim powinny o niej decydować żywotne interesy najbardziej zainteresowanych.
Tak jak pokazuje przykład Adampola – tu nie było decyzji odgórnych – mieszkańcy sami zintegrowali się w celu lepszego zadbania o własne interesy. I to pokojowe współistnienie do dziś zdaje egzamin. Dziś wiele się mówi na temat dialogu między cywilizacjami. Jedną z przeszkód stojących na drodze dialogu jest ustalenie wspólnego znaczenia pojęć, które w różnych kręgach kulturowych przybierają różne znaczenie. Powstają też pytania o to, kto ma prawo przemawiać w imieniu cywilizacji, kto byłby jej najlepszym przedstawicielem. Sprawa jest stosunkowo łatwa w przypadku cywilizacji chrześcijańskiej – bowiem takim autorytetem jest tu papież. Jednak kto miałby reprezentować świat islamu? Czy mają to robić głowy państw islamskich? Politycy? Reprezentanci organizacji międzynarodowych? A może najlepiej byłoby niczego nie narzucać obywatelom? Ludzie mogą być zmęczeni polityką prowadzoną rzekomo w ich interesie, ustaleniami dotyczącymi tego, kto jest zły a kto dobry, kim jest wróg a kim przyjaciel, co powinni a czego nie mogą… Może dialog między cywilizacjami i przedstawicielami innych kultur powinien wynikać z chęci samych zainteresowanych? Zwykłych obywateli, którzy na co dzień spotykają tych „obcych”, dzielą z nimi miejsca pracy, sąsiadują mieszkaniami, obsługują w sklepach…. Powinno się zacząć od tych najprostszych codziennych spraw, należy pomóc ludziom dostrzec zalety pokojowego współistnienia, tolerancji i współpracy, bez względu na wyznawane poglądy religijne i kolor skóry. A Adampol może być tu dowodem, że taka sytuacja jest możliwa.

WŁADYSŁAW JABŁONOWSKI PAMIĘTNIKI z lat 1851—1893

Kiedy w r. 1894 zmarł na obczyźnie w dalekim Burgasie Władysław Jabłonowski, jego starszy brat Aleksander, znany archeolog, historyk i podróżnik, spełniając ostatnią wolę zmarłego złożył w Krakowie w Bibliotece ówczesnej Akademii Umiejętności rękopis zatytułowany: Pamiętniki Władysława Jabłonowskiego. Złożyły się na nie cztery pokaźne tomy zawierające z górą 6000 stron zapisanych równym, drobnym pismem; miały one przekazać następnym pokoleniom historię burzliwego życia syna dzierżawcy o historycznym nazwisku, studenta medycyny, partyzanta, dowódcy dużego samodzielnego oddziału powstańczego na Podlasiu, adiutanta Langiewicza, wreszcie lekarza wojskowego armii tureckiej, który wraz z wojskiem przemaszerował wszerz i wzdłuż olbrzymie w owych czasach państwo ottomańskie w Europie i Azji, gdzie znalazł — jak setki Polaków — gościnne schronienie. Ówcześni bowiem kierownicy tego państwa i ogół społeczeństwa wierni pozostali przyjaźni i sympatii do narodu polskiego i ze współczuciem odnosili się do jego tragedii.

Namuk-pasza, poseł Dywanu (zetknął się on z Polakami na terenie paryskim i londyńskim, m. in. z Adamem Czartoryskim, Gustawem Małachowskim, Ludwikiem Platerem), wysunął np. projekt przeniesienia z Francji do Turcji kilkutysięcznej emigracji polskiej, z której szeregów wywodziliby się przyszli organizatorzy państwowej administracji i armii tureckiej, oraz zaproponował, aby Adam Czartoryski zasiadał w Dywanie. Kiedy carski minister spraw zagranicznych Karol Nesselrode i Włodzimierz Tytow, pełnomocnik rosyjski w Stambule, zażądali natychmiastowego aresztowania i wydania władzom rosyjskim „wodzów anarchii”, emigrantów polskich: Bema, Dembińskiego, Wysockiego i Zamoyskiego, grożąc w przeciwnym razie interwencją armii rosyjskiej, sułtan przez usta Szeich-ul-Islama, najwyższego dostojnika duchownego mahometan, oświadczył, że wydanie emigrantów sprzeciwiałoby się prawom świętej księgi Koranu, nakazującym gościnność. Fakty te posiadają niewątpliwie swoją głęboką wymowę.

Na ofiarowanym Akademii rękopisie Aleksander Jabłonowski zanotował własną ręką: „Wstępny zeszyt został zatraconym (widocznie na komorze celnej w Krakowie), zawierał on, co następuje: dr Władysław Jabłonowski pochodził z podlaskiej linii Prusów-Jabłonowskich. Rodzicami jego byli: Piotr (syn Jana, cząstkowego dziedzica na Popławach i Brzeźnicy, parafii brańskiej na bielskim Podlasiu) i Marianna z Junoszów-Piotrowskich. Urodził się zaś w r. 1841 w Grodzisku, w byłym powiecie drohickim województwa podlaskiego. Grodzisk, posiadający własną cerkiew, należy do parafii rzymskokatolickiej rudzkiej, powiatu bielskiego, i stanowi część dóbr ostatniego z Ossolińskich — hr. Wiktora. Ojciec Władysława (Piotr) był właśnie w czasie jego urodzin rządcą Grodziska, rozległego folwarku, 3 wsi obejmującego. Chrzcił go ks. Brzozowski, proboszcz z Rudki. Dalej w zatraconym zeszycie: opis wsi Grodziska, opis tam dworu, a zarazem charakterystyka skromnego trybu życia w kółku rodzinnym (Kraków, 5. 6. 1894)”.

Władysław Jabłonowski, oceniając z perspektywy lat swoją młodość i atmosferę, w której wzrastał, oświadczył szczerze: „Wychowałem się w stosunkach drobnoszlacheckich, gdzie element duchowny — plebania i wikariusze — dominował nad wszystkim. Zasadowe ćwiczenie przykazań świętej wiary było jeszcze podtrzymywane i przykładami z naszego ogółu, którego jedną z cech charakterystycznych była wysoko rozwinięta pobożność. Jej to można przypisać, że i nasi rodzice, odwiedzając przeważnie pobliższe parafialne kościółki, znajdywali pewną trudność w utrzymaniu, a właściwie pozostawali w ściślejszych stosunkach z innymi członkami rodziny” 2.

Oddany do szkółki w Siemiatyczach, w pamięci swej zachował uraz na całe życie po wymierzonej mu karze cielesnej przez katechetę, który uczył go „cesarskiego” (tzw. cesarzówka) i kościelnego katechizmu. Fakt krzywdy dręczył go jak zmora przez całe dziesiątki lat. Uczył się z kolei w Drohiczynie i Białymstoku, zdał maturę jako prymus i udał się do Warszawy, by zorientować się w możliwościach dalszej nauki. Ojciec nie mógł jednak udźwignąć ciężaru równoczesnego kształcenia trzech synów, Władysław musiał więc odczekać, aż najstarszy brat Aleksander przyjmie na siebie finansowanie jego studiów. Początkowo pod wpływem matki pragnął zostać księdzem, ale brat-opiekun polecił zapisać się na Wydział Matematyczno-Przyrodniczy Uniwerstytetu w Kijowie. Studia te musiał wkrótce przerwać na skutek podejrzeń władz szkolnych, które podawały w wątpliwość autentyczność dokumentu ukończenia szkół średnich  z powodu silnego  zaplamienia świadectwa.  Kiedy sprawą tą zainteresowała się policja, Jabłonowski uciekł do swego brata Juliana na Podole. Tu jednak nie widząc możliwości dalszej nauki i słysząc, że wojna z wrogiem wisi w powietrzu, postanowił opuścić kraj rodzinny. W r. 1861 Szczęsny Miłkowski, brat powieściopisarza, ułatwił mu przeprawę przez Prut do Mołdawii, w której Polacy doznawali szczególnie życzliwej opieki. Za radą Zygmunta Miłkowskiego, pisarza i działacza społecznego, zdecydował się Jabłonowski na wyjazd do Włoch, gdzie Węgrzy formowali już swoje legiony, a Ludwik Mierosławski czekał na młodzież, by uruchomić szkołę wojskową w Cuneo w celu przygotowania kadry oficerskiej do niedalekich, jego zdaniem, działań wojennych. Udał się tedy do Gałacza i stąd razem z Węgrami pospieszył przez Konstantynopol do Włoch. Wiosną 1861 r. w Noli wstąpił razem z garstką polskich emigrantów do legionu węgierskiego gen. S. Turra; gdzie instruktorami byli też i Polacy: Teodor Cieszkowski i Zawadzki. Na wieść jednak, że w Genui powstała polska szkoła, wszyscy Polacy – za zgodą oczywiście komendy legionu węgierskiego — przenieśli się do niej. Tu za radą lekarza szkolnego Teodora Tripplina Jabłonowski uczęszczał w chwilach wolnych od zajęć służbowych na wykłady anatomii opisowej. W szkole podchorążych panowały różne nastroje, istniało niemal tyle stronnictw i orientacji politycznych, co uczniów, a dyskusjom, sporom i sejmikowaniu nie było końca.

Wielkie wrażenie na wychowankach szkoły zrobiły odwiedziny generała Ludwika Mierosławskiego. Zabawił on w Genui pięć tygodni, a wyjeżdżając powierzył kierownictwo szkoły majorowi Władysławowi Englertowi, doświadczonemu wprawdzie żołnierzowi, lecz człowiekowi pozbawionemu energii potrzebnej na utrzymanie odpowiedniej dyscypliny w szkole.

Na skutek intryg Mierosławski wkrótce podał się do dymisji, a miejsce jego zajął generał Józef Wysocki z zastrzeżeniem, że będzie szkołą kierował z Paryża. Komendantem szkoły mianowano pułkownika Aleksandra Fijałkowskiego, instruktorem jazdy Józefa Czapskiego, a pomocnikiem komendanta Zygmunta Padlewskiego. Wykłady z geografii i geometrii objął kapitan Władysław Kossowski (De Lilie), oficer artylerii rosyjskiej, a wykłady z topografii i rysunku oraz kierownictwo laboratorium Aleksander Waligórski, były dyrektor służby inżynieryjnej w Szwecji. Po rozwiązaniu legionu węgierskiego szkołę polską przeniesiono do Cuneo. Skończyła się więc dla autora możliwość uczęszczania na wykłady.

Dnia 16 lipca 1862 r. generał Józef Wysocki zakomunikował uczniom, że decyzją rządu włoskiego szkoła zostaje zamknięta z powodu interwencji Rosji; rząd włoski nie wypowiedział jednak gościnności, lecz lojalnie proponował przeniesienie uczniów  na  Sycylię do włoskich  szkół wojskowych lub umożliwienie wyjazdu za granicę. Wysocki ze swej strony sugerował przeniesienie się do Anglii do miasteczka Gravesend, gdzie — jak przypuszczał — zaistnieją okoliczności umożliwiające kontynuowanie studiów wojskowych. Wśród młodych, stojących z dala od tak zwanej wielkiej polityki, zapanowały gorące nastroje, na temat bowiem likwidacji szkoły krążyły przeróżne wiadomości, budzące wiele komentarzy niepochlebnych dla kierownictwa.

Większość młodzieży, wśród niej także i autor, ruszyła do Paryża. Tu wezwał Jabłonowskiego generał Wysocki, który pragnąc oczyścić się z zarzutów likwidatora szkoły zlecił mu skopiowanie aktów szkoły, znajdujących się u pułkownika Aleksandra Fijałkowskiego. Z tej delikatnej misji autor wywiązał się należycie. W Paryżu, gdzie roiło się od młodzieży polskiej, spotkał Józefa Czapskiego, swego profesora z Cuneo, który zamierzał uruchomić w stolicy Francji szkołę oficerską. Ale Ludwik Mierosławski dowiedziawszy się o swoim „feldfeblu” postanowił wyprawić go z misją do kraju. Drogą przez Strasburg, Wrocław dotarł do wsi Grębanin w Poznańskiem i zatrzymał się w domu niejakiego Kręckiego. Rządca majątku Berger ułatwił mu przejście granicy. W czasie oczekiwania na paszport Jabłonowski rozczytywał się w dziełach Józefa Szujskiego, Jędrzeja Moraczewskiego, w pamiętnikach Rufina Piotrowskiego i w Podróży na Sybir Ewy Felińskiej. Otrzymawszy paszport na nazwisko Nestora Wężyka, udał się do Warszawy. Tu nawiązał kontakty z mierosławczykami: Feliksem Bauernfeindem i Władysławem Koskowskim, i na ich polecenie skierowany został na Wołyń i Podole z materiałami agitacyjnymi, by zbierać „podatek narodowy” na broń. Misja ta jednak nie dawała zadowolenia młodemu oficerowi, który .nie zorientowany w labiryntach polityki, nie znający jej kulis, nie odróżniający białych od czerwonych, całą duszą pragnął czynnej walki zbrojnej. Nie mogąc się pogodzić z tego rodzaju pracą, wrócił do Warszawy, gdzie udało mu się nawiązać kontakt z Zygmuntem Padlewskim, który powierzył mu konkretne zadanie: organizację oddziału w okolicach Pułtuska i Białej Podlaskiej. Dnia 21 stycznia 1863 r. otrzymał nominację na kapitana oraz komendanta wojennego powiatu węgrowskiego i okręgu sokołowskiego. Ranny w bitwie węgrowskiej (3 II), w której osobiście prowadził atak kosynierów na artylerię rosyjską3, cofnął się z resztkami swego oddziału (około 800 ludzi) w rejon Siemiatycz, aby połączyć się tam z grupą R. Rogińskiego i W. Lewandowskiego. Jakkolwiek znajdował się w nieznacznej odległości od pola bitwy pod Siemiatyczami (7 II), nie przybył z pomocą lub przybył za późno, ponoszącw  ten  sposób  poważną  odpowiedzialność  za  porażkę.  W nie  znanych bliżej okolicznościach Jabłonowski rozwiązał swój oddział, udał się do Warszawy, a stąd do Częstochowy i Ząbkowic, gdzie pełnił chwilowo funkcje zastępcy rannego naczelnika oddziału powstańczego w rejonie Dąbrowy Górniczej. Dążąc w myśl dyrektyw Cieszkowskiego do połączenia się z Apolinarym Kurowskim,  przyprowadził oddział do  Olkusza, w którym doszła go wiadomość o klęsce miechowskiej. Tu — według relacji Jabłonowskiego — doszło do masowej dezercji, on sam zaś przez Śląsk pruski przeszedł do  Galicji i zatrzymał się w Krakowie,  gdzie formowały się już nowe oddziały z inicjatywy majora A. Waligórskiego i pułkownika Czapskiego. Młody nasz oficer został adiutantem Waligórskiego i prowadził energicznie biuro werbunkowe. Z miejscowych gazet dochodziły wieści, że Mierosławski wkroczył z Księstwa Poznańskiego i poniósł pierwsze porażki oraz że Langiewicz obozował w Goszczy. Jabłonowski szybko  tam podążył za  Waligórskim;  tu  dowiedział się,  że Rząd Narodowy ogłosił Langiewicza dyktatorem, by władzy nie objął „lubiący siermięgę demokrata” Mierosławski. Jabłonowski został z kolei adiutantem Langiewicza, uczestniczył w bitwach pod Chrobrzem i Gro-chowiskami, był wreszcie świadkiem ucieczki wodza i atmosfery klęski powstania oraz ówczesnych rozgrywek politycznych. Krytyczny stosunek do   Langiewicza   i   jego   dyktatury,   przebijający   najwyraźniej   z   jego pamiętników, a znane przywiązanie do Mierosławskiego mogłyby budzić poważne podejrzenia co do roli, jaką Jabłonowski miał odegrać w obozie dyktatora. W Krakowie został internowany i odesłany do Ołomuńca, później do Brna i Igławy, skąd udało mu się zbiec w lipcu 1863 r. do Pragi i powrócić do Krakowa. Wiara w słuszność sprawy i w zwycięstwo nie opuszczała go ani na chwilę. Udał się do Lwowa, dokąd przybył już po nieszczęśliwej wyprawie radziwiłłowskiej generała J. Wysockiego i zaofiarował swe usługi pułkownikowi Sawie-Rudnickiemu, byłemu oficerowi armii rosyjskiej, który po odwrocie Wysockiego spod Radziwiłłowa wziął w swoje ręce dalsze losy oddziału. Ten jednak skierował go na powrót do Krakowa, gdzie Jabłonowski na przełomie lat 1863—1864 prowadził zajęcia w tajnej szkole wojskowej. Po ogłoszeniu stanu oblężenia w Krakowie wszyscy przybysze obowiązani byli zgłosić się do władz policyjnych, by otrzymać paszporty na wyjazd z Galicji. Jabłonowski wyjechał  do  rodziny  na  Podole,   powrócił  jednak   wkrótce   do   Krakowa i rozpoczął studia medyczne. Ówczesny dziekan Wydziału Lekarskiego, Józef Majer, obawiając się represji, odmówił jednak swej zgody na przyjęcie byłego partyzanta. Za zgodą jednak prof. Czyrniańskiego Jabłonowski   uczęszczał   nieoficjalnie   na   wykłady   chemii.   W   tym   czasie zaprzyjaźnił się z Henrykiem Jordanem i Antonim Rehmanem i dzięki nieco już wyrobionym stosunkom słuchał wykładów profesorów Dietla i Rosnera, praktykował przez wiele miesięcy w oddziale chirurgicznym Szpitala Sw. Łazarza, inkasował pierwsze honoraria, uczył się z pasją, łykał polszczyznę w teatrze, podziwiając za dyrekcji Adama Miłaszewskiego takich aktorów, jak Wincenty Rapacki, Feliks Benda, Antonina Hoffman,  Helena Modrzejewska. W tym  czasie  utracił matkę.

Inwigilowany stale przez policję, został wreszcie w r. 1866 aresztowany i otrzymał nakaz opuszczenia Galicji. Profesorowie: Antoni Wacholz, Gustaw Piotrowski i Franciszek Skobel udzielili mu absolutorium odbytych studiów medycznych z datą 28 II 1865 r., mimo iż.jego wiedza lekarska pozostawiała wówczas wiele do życzenia. Trzeba jednak przyznać, że nie zawiódł ich całym swoim późniejszym postępowaniem i postawą. Opuścił Polskę, udał się po raz drugi nad Bosfor do gościnnej Turcji. Na stambulskim bruku stanął w marcu 1866 r. i spotkał tu starych, wytrawnych tułaczy: Tadeusza Okszę Orzechowskiego, Franciszka Wernickiego i Karola Mokrańskiego. Dzięki ich stosunkom i wpływom w listopadzie tegoż roku zdał egzamin przed specjalną komisją lekarską armii tureckiej i otrzymał przydział do garnizonu wojskowego w Bagdadzie. Przenoszony z miejsca na miejsce, przebywał m. in. w Mosulu, Hilleh i Kerbeli, zwiedził niemal całe państwo sułtana. W czasie tych wędrówek gromadził wielki zielnik, który uzupełniał i później w kolejnych miejscach swej służby w Hercegowinie i Albanii. Jako Polak i lekarz cieszył się dużym uznaniem, wszędzie tu bowiem żywa jeszcze była pamięć o Bemie i Ilińskim; został też członkiem komisji rekrutacyjnej, co świadczyło o dużym zaufaniu władz tureckich.

W r. 1869 nastąpiło w Bagdadzie spotkanie z bratem Aleksandrem. Jakże cieszył się biedny tułacz, że może swego dawnego dobrodzieja ugościć i ułatwić mu zwiedzanie starego Babilonu. Lecz Aleksander, urodzony podróżnik, korzystając z uruchomienia żeglugi parowej po Eufracie wyjechał w dalszą podróż, by swymi obserwacjami wzbogacić naukę polską. W sierpniu Jabłonowski otrzymał urlop i postanowił spędzić go w Europie. Wkrótce też razem z bratem Aleksandrem, pożerani nostalgią, udali się do Krakowa. W r. 1871 Jabłonowski zwiedził Wiedeń i wiele miast włoskich. Poznał tu Polaka, p. L., rzeźbiarza, który wykorzystując jego przyjaźń i radość z powodu spotkania rodaka skradł mu pieniądze, prawie całoroczne uposażenie lekarza wojskowego w Turcji. Rozżalony skrócił urlop i wrócił do Stambułu, lecz tu zastało go już przeniesienie służbowe do Gacka w Hercegowinie. W r. 1872 znów tęsknota pognała go do Krakowa, tym razem na spotkanie z braćmi Aleksandrem i Julianem. W r. 1874 losy rzuciły go do Albanii, gdzie był naocznym świadkiem bohaterskich walk powstańców. W r. 1875 porzucił służbę wojskową i zajął się urządzeniem słynnego balneologicznego zakładu leczniczego w Brussie, ale z wybuchem wojny rosyjsko-tureckiej w r. 1877 wstąpił ponownie do wojska, a władze tureckie przeniosły go początkowo do Armenii, później zaś na anatolijskie wybrzeże Bosforu. Po zawarciu pokoju przeniesiony został ponownie do Albanii, gdzie w r. 1880 położył wielkie zasługi przy likwidacji cholery, za co otrzymał od rządu austriackiego wysokie odznaczenie. W r. 1881 powtórnie wystąpił z wojska i objął posadę lekarza przy kopalni boracytu w Sułtan-Czairze, której współwłaścicielem był jego przyjaciel Henryk Groppler. Obowiązki te pełnił jednak krótko, gdyż jeszcze w tym roku powołany został przez władze tureckie na delegata Międzynarodowej Komisji Sanitarnej na Wschodzie z siedzibą w Konstantynopolu. W czasie epidemii dżumy Jabłonowski wyruszył w r. 1884 nad Tygrys i zatrzymał się w miasteczku Sulejmanieh na granicy Iranu. Wyjeżdżał stąd w najbardziej zagrożone obszary. Za akcję tę otrzymał dwa wysokie odznaczenia tureckie i perskie oraz osobiste podziękowanie sułtana i szacha. W r. 1886 z inicjatywy Międzynarodowej Komisji został lekarzem kwarantanny w Skutari w Albanii. Od r. 1888 przebywał w Burgasie, gdzie też zmarł 9 stycznia 1894 r.

W czasie swych dalekich podróży miał Jabłonowski możność przyglądać się ludziom i miastom, zwyczajom i obyczajom. Pomimo ogromu zajęć służbowych prowadził własne badania z zakresu botaniki i archeologii; zasilał polskie czasopisma licznymi korespondencjami ze Wschodu, a pisma fachowe artykułami dotyczącymi medycznej służby zdrowia4; gromadził wytrwale bogate zbiory archeologiczne i etnograficzne; pisał wreszcie pamiętniki.

Świadomie i celowo staraliśmy się w krótkim życiorysie Jabłonowskiego podać równocześnie ogólną treść jego pamiętników, aby czytelnik nie odczuwał dotkliwie luk i był zorientowany w całości materiału. Przyznać trzeba, że dokonanie wyboru było rzeczą niezwykle trudną. Jakie bowiem przyjąć kryterium, by z olbrzymiego rękopisu wybrać dziesiątą część, ułamek prawie, gdy materiał w całości tak różnorodny, choć zawiera historię jednego wprawdzie tylko żywota, ale jakże bujnego, pracowitego, pełnego trudów, wyrzeczeń, tragedii osobistych i narodowych na przestrzeni długich czterdziestu trzech lat. Dlatego staraliśmy się wybrać przede wszystkim momenty charakteryzujące autora jako człowieka, lekarza i patriotę; z powstania styczniowego tylko te sceny, które sam przeżył, a które stosunkowo mało są znane z innych źródeł pamiętnikarskich; z długiego zaś okresu tułaczki jego kontakty z rodakami na Wschodzie, o których bądź nikłe, bądź zgoła żadne wieści nie dotarły do naszych czasów. Liczba tych tułaczy przecież szła w setki, jak to poetycznie określił przyjaciel Polaków, gubernator Bagdadu, Namuk-pasza, w czasie rozmowy z autorem: „Podobni jesteście do tysiąca gwiazd, jakie ręka losu rozrzuciła po przestrzeniach światowych”. Opuszczaliśmy tedy części opisowe, znane i niezbyt ciekawe, jak np. opisy bardzo szczegółowe wycieczek do Włoch czy Austrii; dalej pominęliśmy relacje o intrygach w służbie państwowej tureckiej lub wreszcie szczegóły dotyczące codziennej egzystencji, bo autor — trzeba to stwierdzić bezstronnie — był typowym gawędziarzem, choć niestety bez większego talentu literackiego.

Dla czytelnika jest zapewne ciekawe, jakie znaczenie posiadają wspomnienia Jabłonowskiego w rzędzie pokrewnych tematycznie przekazów pamiętnikarskich. Wchodzą  tu w rachubę głównie dwa  źródła.

Zygmunt Miłkowski, urodzony konspirator i literat, w swych wspomnieniach 6 stwierdzał, że opuścił Polskę jako 23-łetni student Uniwersytetu Kijowskiego, a dalszych 67 lat życia spędził na emigracji, przy czym szczegółowo przedstawił swą służbę wojskową na Węgrzech (1845—1850), walkę o byt w Anglii (1850—1851), emisarkę (1851—1852), dwukrotny pobyt w Turcji (1853—1854 i 1856—1858), pracę polityczną w Michalenach (1860—1862), udział w powstaniu styczniowym, prace polityczne w Bukareszcie i Konstantynopolu (1863), dłuższy pobyt w Serbii (1864—1866), pobyt we Francji i w Belgii (1867—1870), wreszcie ostatnie swoje lata w Szwajcarii. Jak więc widać, kilkakrotnie przebywał na terenie państwa ottomańskiego, wraz z Wysockim krzątał się około utworzenia legionu polskiego w czasie wojny krymskiej, pertraktował z naczelnym wodzem Omer-paszą, był w sztabie Izmaiła, organizował wyprawę z Tulczy do Polski i konferował z wielkim wezyrem w sprawie powstania styczniowego; w Turcji pracował jako budowniczy fortec, był przedsiębiorcą handlowym, buchalterem, prowadził gospodę, uczył wreszcie języków. Jego stosunek do Turcji był raczej negatywny, jako demokratę i liberała oburzał go bowiem ucisk Słowian Południowych, gdyż wedle jego przekonań walczyli oni, podobnie jak i Polacy, o swoją niepodległość. Dużą sympatią natomiast darzył Bułgarię i Serbię, w czasie bowiem swej pieszej wędrówki po całej Słowiańszczyźnie Południowej spotykał się z objawami szczerej sympatii do Polski i porównywał niewolę turecką z zaborami w Polsce. Ogólnie mówiąc, pamiętnik jego zawiera najbardziej cenne materiały do znajomości spraw Słowian Południowych  w latach   1848—1866.

Franciszek Sokulski, major, polityczny druh Miłkowskiego, stojący również pod sztandarem Towarzystwa Demokratycznego Polskiego, w swoim niewielkim pamiętniku 7 najwięcej miejsca poświęcił kampanii węgierskiej 1849 r. W czasie powstania 1863 r. organizował na terenie Turcji ochotnicze oddziały i gromadził broń dla powstańców, a po r. 1864 został naczelnym dyrektorem budowy dróg i mostów w wilajecie adrianopolskim. Okres ten zamknął na kilkunastu stronach, szerzej natomiast potraktował w wspomnieniach z r. 1877, kiedy to formował legion polski. Ostatni okres (1881—1893) spędził już w kraju, w Galicji. Tak więc — jak widać — wspomnienia Jabłonowskiego uzupełniają oba wyżej wymienione pamiętniki zarówno w partiach dotyczących powstania styczniowego, jak i w relacjach z dziejów emigracji polskiej na Wschodzie.

Warto zwrócić uwagę na sam sposób pisania pamiętników. Autor pedantycznie spisywał wszystkie ważne — jego zdaniem — wydarzenia, których sam był świadkiem, robił na gorąco notatki; co jakiś czas segregował je i porządkował, a następnie pisał na czysto, układając rzecz chronologicznie i wyładowując swój wrodzony talent gawędziarza z myślą, że kiedyś te wiadomości komuś się przydadzą. Największą uwagę w czasie pisania zwracał na osobiste przeżycia, najwięcej miejsca poświęcił swojej pracy lekarskiej w służbie tureckiej, a najdokładniej omówił lata spędzone na emigracji po r. 1866, do tego nawet stopnia, że swoją pracę w charakterze szefa misji lekarskiej w czasie epidemii dżumy ujmował w raporty dzienne (podając czasem datę według starego i nowego stylu). Dla ogólnej charakterystyki tak Jabłonowskiego, jak i jego pamiętników szczególnie znamienny jest fakt, że wzorowy lekarz i urzędnik w służbie tureckiej co krok wyrażał swoją wdzięczność dla państwa ottomańskiego za umożliwienie mu pracy w umiłowanym przez siebie zawodzie, za zdobycie chleba na obczyźnie; nigdy natomiast nie poważył się wydawać ujemnych sądów o nikim i o niczym. Stąd wypływa w omawianiu stosunków politycznych pewna ostrożność, z którą nie liczyli się ani Miłkowski, ani Sokulski.

Autograf wspomnień Władysława Jabłonowskiego przechowywany jest w Bibliotece Polskiej Akademii Nauk w Krakowie 8 wraz z innymi papierami pochodzącymi z rękopiśmiennej spuścizny autora. Wśród tych ostatnich znalazły się jego papiery osobiste, fragment korespondencji z lat 1874—1891, autografy drobnych prac, rękopiśmienne mapy szkicowane podczas jego misji sanitarnej w Iraku i Zachodnim Iranie, orientalistyczne materiały ikonograficzne, a także różnej treści wycinki z współczesnych gazet9. Zespół ten uzupełnia zbiót fotografii.

Pamiętnik, którego pierwsza składka o objętości dziesięciu stron — jak wspomnieliśmy wyżej — zaginęła, w trakcie opracowywania podzielony został na pięć tomów, z których pierwszy obejmuje wspomnienia do 1865 r., drugi dotyczy lat 1866—1871, trzeci 1872—1879. czwarty 1880—1887, a piąty zamyka całość okresem lat 1888—1893. W tym ostatnim tomie autor przygotował kartę dla 1894 r.f opatrzoną datą styczniową i rozpoczętą utworem poetyckim. Karta ta nie zawiera już jednak żadnych wspomnień, gdyż w miesiącu tym nastąpił — jak wiadomo — zgon autora. Ogólna objętość pamiętników wynosi 3176 kart o formacie 27X21 cm, zapisanych drobnym, starannym i na ogół dobrze czytelnym pismem. Brat autora, Aleksander Jabłonowski, opatrzył rękopis tytułem: „Biografia (Pamiętniki) Dra Władysława Jabłonowskie-go, delegata Międzynarodowej Administracji Sanitarnej na Wschodzie”. Ofiarowane Akademii Umiejętności pamiętniki przeleżały w zasobie zbiorów nie opracowanych z górą 55 lat; dopiero w r. 1949 zostały wstępnie skatalogowane i opatrzone bieżącą sygnaturą. Wyzyskane właściwie w minimalnym stopniu przez badaczy, stały się w wyborze podstawą niniejszego wydawnictwa.

Przy opracowaniu tekstu zmodernizowano pisownię i interpunkcję, dostosowując je do dzisiejszych wymogów, zachowano jednakże bez jakichkolwiek zmian charakterystyczne cechy wymowy autora, a więc np. wyrazy: zawarć, oparganiony, szkarpetki, lekszych, brewna (bierwiona), mieszanie, czy też oboczności typu: wreście — wreszcie, poślę -poszlę. Pozostawiono również oryginalną pisownię nazw geograficznych, dając w przypisach oraz uzupełnieniach w klamrach formę obowiązującą obecnie. Dla jasności i czytelności tekstu wprowadzono drobne poprawki oraz uzpełnienia ujęte w nawiasach kwadratowych. Nie wszystkie hasła można było objaśnić w przypisach; objaśnienia niektórych drobnych miejscowości na terytorium Azji czy Półwyspu Bałkańskiego oraz nazw geograficznych łatwych do identyfikacji celowo pominięto. Nie uwzględniono także w przypisach nazwisk osób, co do których nie udało się zdobyć bliższych danych biograficznych. Pamiętnik uzupełniono materiałem fotograficznym, wyzyskując wyłącznie zasoby Biblioteki Polskiej Akademii Nauk w Krakowie, przy czym większość fotografii pochodzi ze zbiorów pamiętnikarza.

W ten sposób pomyślany i przygotowany wybór wspomnień zezwoli Czytelnikowi na bezpośrednie zetknięcie z ciekawą postacią autora, raz jeszcze przypomni ogólną atmosferę i fakty czasów powstania styczniowego, przybliży egzotyczne, rozległe tereny działalności pamiętnikarza na Bliskim Wschodzie, zwróci wreszcie uwagę badaczy zainteresowanych bliżej epoką i zagadnieniem na nowe, nie wyzyskane dotąd, różnorodne tematycznie źródło, jakim są w swej pełnej objętości Pamiętniki Władysława Jabłonowskiego.